Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 319654.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.60 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 125.10km
  • Czas 05:26
  • VAVG 23.02km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie forever

Niedziela, 21 kwietnia 2013 · dodano: 21.04.2013 | Komentarze 0

Po raz pierwszy w tym roku postanowiłem przejechać kawałek przez górki. Lekka zwyżka formy do tego uprawniała. Najbliższe w sensie geograficznym, a i mentalnym są mi Góry Sowie. Zatem ku nim się skierowałem. Konkretnym moim celem była Przełęcz Jugowska, najwyższa w tych górach, bowiem jej wysokość to 805 mnpm. Aby ją zdobyć należy uporać się z 13- kilometrowym podjazdem od Pieszyc. Wiele razy tu pisałem o urokach tego podjazdu. Chyba nie warto się powtarzać. Jedno tylko można wspomnieć, nawet w Góry Sowie powoli wchodzi wiosna. Droga już zupełnie przejezdna, ale w zapadliskach widać jeszcze śnieg, a płytkie przydrożne rowy zalane były rwącą wodą. O ile jakość nawierzchni od strony Pieszyc jest przyzwoita, niedawno spory odcinek był całkowicie wyremontowany, o tyle zjazd w dół w kierunku Jugowa lub Sokolca jest już nie asfaltowy, ale szutrowo- ziemny. Szosówką należy zjeżdżać nad wyraz ostrożnie. Oj, warto wziąć się za jakąś renowację.

Nie zwiodło mnie słońce, które po dwóch dniach nicnierobienia, wreszcie pokazało się nad moją okolicą. Dziś też się zbytnio nie wysilało. Niby świeciło, a ciepła było z tego niewiele. Znowu musiałem ubierać długą bluzę i takie też spodnie. Przydały się, bo jazda na krótko byłaby dość ekstremalna.

Nie chciałem dziś zbytnio przeszarżować, bo przecież forsowałem górki, zatem dystans nie był zbyt duży – jak na dzień wolny od pracy. No ale jazda w górach poszła mi dość dobrze. Także zadowolony i niezbyt zmęczony około 16:30 zamknąłem już swoją pętlę i dotarłem do domu. Nawet miejscami silny wiatr jakoś mi nie przeszkadzał. Owszem, jechało się wolniej, ale w głowie nie powstawały zbrodnicze myśli, by rower rzucić w krzaki i zaniechać dalszej jazdy.

Do domu wracałem przez Czechy. U nich ruch wyraźnie mniejszy. Już blisko Świdnicy, mimo że jechałem drogami bocznymi, samochody jeździły jak wściekłe. Ludzie pewnie chcieli przy dniu wolnym nieco pooddychać świeżym powietrzem. Nie każdy przecież może wybrać się rowerem.

Na odnotowanie zasługuje wyremontowanie kawałka drogi wojewódzkiej między Rybnicą Leśną a Grzmiącą. Tam gdzie kiedyś straszyły ogromne wyrwy, teraz jest ładniutki asfalcik. Szkoda że do Głuszycy już go nie wystarczyło…

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Opoczka-Pieszyce-Przełęcz Jugowska-Sokolec-Ludwikowice Kłodzkie-Nowa Ruda-Tłumaczów-Otovice-Broumov-Hyncice-Starostin-Golińsk-Mieroszów-Unisław Śl-Głuszyca-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.




  • DST 173.70km
  • Czas 07:27
  • VAVG 23.32km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Żar wiosny

Czwartek, 18 kwietnia 2013 · dodano: 18.04.2013 | Komentarze 1

Po niedawnej zimie nie ma już śladu. Dzisiejszy dzień można zaliczyć już nawet nie do wiosny, lecz do lata. Było wręcz upalnie i słonecznie, czego wyraźne ślady noszę na rękach w postaci opalenizny. Dziś także skorzystałem z zaległego urlopu i dzięki temu mogłem wybrać się w dłuższą trasę. Wyjechałem przed dziesiątą. Na wszelki wypadek wziąłem cienką spodnią koszulkę z długim rękawem. Ale po 10 kilometrach już ją zdjąłem, bo skwar był niemiłosierny. Niestety nie było to miłe beztroskie ciepełko, lecz nienaturalny żar, który zalewał ziemię chorobliwym wulkanicznym oddechem. Przy tym niemiłosiernie wiało. Taki wiatr przynosi zmianę pogody. Zresztą od jutra zapowiadane jest ochłodzenie i przelotne opady. Taki to mamy już kraj, jak nie zima do kwietnia, to hulające fronty atmosferyczne. Wiatr wiał potępieńczo. Jednak dziś był dla mnie dość sprawiedliwy. Połowę trasy mi pomagał, połowę szkodził. Jednak nawet gdy dął mi w twarz i chciał urwać głowę, jakoś dobrze mi się z nim walczyło. Forma ewidentnie rośnie. Nie czuję jeszcze w sobie jakiejś mocy, ale też nie przeraża mnie perspektywa jazdy 50 kilometrów pod wiatr.

Utrapieniem dziś był dla mnie za to wzmożony ruch samochodowy. Wiadomo w dzień powszedni więcej tego żelastwa szwenda się po drodze. Nawet nie wybierałem mocno obciążonych dróg, ale jednak pojazdy towarzyszyły mi bez przerwy. Były to osobówki, ale też wielkie samochody ciężarowe oraz mnóstwo ciągników z podwieszonymi różnymi urządzeniami do prac polowych. Wiadomo, trzeba teraz odrabiać zaległości w polu, bo jeszcze niedawno wszystko okrywał śnieg…

Jest niby wiosna. Ciepło, słonecznie. Ale jakoś gdy patrzyłem na łyse jeszcze drzewa, jakoś robiło mi się nieswojo. Zieleń owszem jest na łąkach i w przydrożnych rowach, gdzie obficie wyskoczyła trawa, ale biedne drzewa chyba jeszcze nie powróciły do życia, starszą gołymi gałęziami. Za to wiosna przejawiła się w dużej obfitości żab na drogach. Oddają się miłosnym uniesieniom i giną w ogromnych ilościach roztrzaskane kołami samochodów. Jechałem taka aleją martwych żab. Mijałem truchła slalomem, patrzyłem też na żywe okazy wiedząc o tym, że już za chwilę będzie z nich mokra plama.

Kilka razy przebijałem się przez odcinki kostki. Jak ja tego nie lubię. Żeby to jeszcze była równa… Z reguły jest stara i strasznie wychechłana. Raz nawet pokonując odcinek niezmiernie wyboisty, postanowiłem, że będę sobie wyobrażał, że oto poddaję się zabiegowi jakiegoś miłego wibracyjnego masażu. Po paru sekundach wytężonej pracy wyobraźni, jednak musiałem się poddać. Te wibracje nie miały nic wspólnego z czymś miłym.

Podczas jazdy wypiłem trzy litry soków i jedno Karmi. Za Złotoryją raz stanąłem na dłużej. Jest tam taki parking wśród drzew oraz przydrożna knajpka. Zjadłem w niej szaszłyk i uraczyłem się gorącą kawą, która mnie pokrzepiła i nieco podniosła ciśnienie (ale w tym dobrym znaczeniu). Pod koniec jazdy już te wspominane słodkie soki zaczęły mi wyłazić bokiem. Mimo do połowy pełnego bidonu, stanąłem pod sklepem i łapczywie wypiłem z miejsca pół literka wody gazowanej. Było to już w pobliżu Świdnicy. Tak ta woda mnie ożywiła, że ostatni odcinek do domu pokonałem bez trudu.

Prawdę mówiąc mimo przejechania sporego dystansu oraz walki z wiatrem jakoś nie czuję się specjalnie zmęczony.

Zatem dzisiejsza trasa tak wyglądała: Świdnica-Wiśniowa-Nowice-Pastuchów-Jaroszów-Konary-Księżyce-Luboradz-Jawor-Męcinka-Sichów-Złotoryja-Świerzawa-Wojcieszów-Kaczorów-Marciszów-Bolków-Kłaczyna-Tomkowice-Strzegom-Stanowice-Nowy Jaworów-Witków-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica.




  • DST 132.80km
  • Czas 05:44
  • VAVG 23.16km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pierwsze górki

Wtorek, 16 kwietnia 2013 · dodano: 16.04.2013 | Komentarze 0

Nadszedł wreszcie czas, by ruszyć w kierunku południowym, czyli ku górom. Z jednej strony śniegu już coraz mniej, a z drugiej forma nieco lepsza daje szanse wjechania na jakieś wzniesienia. Tak więc dziś korzystając też wolnego w pracy, wybrałem się na obrzeże i pogranicze gór Sowich, Stołowych i Wałbrzyskich. Pogoda miała być wiosenna, a więc i ja ubrałem się wiosennie: Zamiast czapki wziąłem swoją ulubioną chusteczkę na głowę, korpus chroniła jedna tylko bluza, ale za to z długim rękawem, a dolną część ciała – krótkie spodenki. Ta pogoda jakoś nie rozpieszczała, bo jednak zmarzłem. Na początku było słońce i jego promienie mile grzały, lecz później zachmurzyło się szpetnie. Wyglądało to jak chmury burzowe, wiał wiatr i spadło może z pięć kropli deszczu.

Już początek mojej jazdy przypomniał mi o niedawnych jeszcze anomaliach pogodowych. Oto w połowie kwietnia zobaczyłem lód na Jeziorze Bystrzyckim. Nie była to jakaś zwarta i gruba tafla, raczej widać było że topnieje. No ale zajmował sporą powierzchnię jeziora, zwłaszcza przy tamie. Jak kto zawita w te strony polecam obejrzeć sobie tę monumentalną budowlę, tzn. właśnie tamę. Zbudowana jest z prostopadłościennych bloków skalnych, jej wysokość robi wrażenie. Dziś przez jeden upust intensywnie spuszczano wodę. Woda ta zasila rzekę Bystrzycę, która przepływa m. in. przez Świdnicę. Jechałem wzdłuż niej i z pewnym niepokojem obserwowałem jej podniesiony poziom i wzburzony nurt. A w górach zalega jeszcze wiele śniegu, dziś go trochę widziałem po drodze. No ale oczywiście szosy były zupełnie przejezdne, generalnie suche, tylko czasami zmoczone sączącymi się z gór strużkami. Na poboczach pozostało sporo piasku, który jest niebezpiecznym podłożem dla roweru szosowego. Piasek spłuczą deszcze, ale póki co niech nie pada… Z zadowoleniem przyjąłem fakt, że wylano piękny nowy asfalt na sfatygowaną kostkę, którą jeszcze w zeszłym roku straszyła wioska Jugowice. Kostka była nierówna, z wyrwami i uskokami oraz dziurami gotowymi pochłonąć cienką oponę kolarzówki. Tylko niewiadomo dlaczego zostawiono może 200 metrów tej okropnej nawierzchni. Na pamiątkę?

Początek był trudny. Pod wiatr i raczej pod górę. Na 30 kilometrze średnia wynosiła poniżej 20 km/h. Ale jechało mi się dość dobrze. Organizm zrozumiał, że zimowy letarg się skończył i trzeba brać się za robotę. Podjazdy mijały szybko, jakoś błagalnym wzrokiem nie wypatrywałem ich końca. Tak się zastanawiałem w trakcie jazdy. Na początku sezonu człowiek odmierza kilometry do domu modląc się, by ubywały jak najszybciej, potem w miarę coraz lepszej kondycji też odmierza ten dystans, ale martwiąc się, że już tak mało zostało do przejechania. Ja chyba jestem gdzieś na cienkiej linii granicznej pomiędzy tymi dwoma stanami. W każdym razie wydaje mi się, że będzie już tylko lepiej.

Miałem jedną dłuższą chwilę odpoczynku. Stanąłem na granicy polsko-czeskiej Radków-Bozanov. Granica biegnie górą, w dole widać wioski i osady, a w oddali czeskie skalne formy odpowiadające naszym Górom Stołowym. Niestety te formacje powoli pochłaniają kopalnie surowców skalnych. Dziś byłem nawet świadkiem dokonywania odstrzału kolejnych warstw…
Do granicy z jednej i drugiej strony dociągnięty jest ładny asfalcie. Granicę można przekraczać tylko pieszo lub rowerem. Pojazdom silnikowym znaki mówią twardo „nie!”. Pamięta, parę ładnych lat temu, jeszcze przed Unią, przy drodze po polskiej stronie zaraz za granicą rosły czereśnie. Jestem bardzo łasy na te owoce. Zatem ile razy tamtędy przejeżdżałem, zawsze stawałem, by sobie podjeść. Potem drzewa wycięto. Teraz znowu sadzi się małe. Hm, tylko nie wiem czy to czereśnie, bo nie jestem dendrologiem…
Ostatnie 15 kilometrów, po minięciu Wałbrzycha, to była bajka. W dół i z wiatrem. Średnia podskoczyła.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Bystrzyca Dolna-Bystrzyca Górna-Lubachów-Jedlina Zdrój-Głuszyca-Nowa Ruda-Ścinawka Średnia-Radków-Bozanov-Broumov-Mezimesti-Mieroszów-Wałbrzych-Pogorzała-Witoszów Dolny-Świdnica.




  • DST 127.50km
  • Czas 05:37
  • VAVG 22.70km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Hop do Rawicza cz.2

Niedziela, 14 kwietnia 2013 · dodano: 14.04.2013 | Komentarze 0

Weekend znowu spędziłem na rowerowym wyjeździe. Korzystam z okazji…

Wczoraj wyjechałem po dziewiątej, a celem było miasto już w woj. wielkopolskim – Rawicz. Pogodę zapowiadano dość chimeryczną, zatem do plecaka wrzuciłem coś przeciwdeszczowego. I chociaż deszczyk złapał mnie chyba z pięć razy, to nie był na tyle groźny, by zmobilizować mnie do wyciągnięcia tej kapoty. Jak już wcześniej pisałem, mój plecak rowerowy, a ściślej jego zamek, popsuł się. Mam gdzieś w domu inny plecak, który czasem też służy mi do celów rowerowych. Niestety za żadne skarby nie mogłem go odnaleźć. Cóż było robić. Wziąłem ten rozwalony, a dziurę złapałem agrafką. Nie wyglądało to zbyt elegancko, ale w praktyce spełniło swoją rolę. Przy okazji wspomnę o okularach, które też poprzednio odniosły kontuzję. Otóż skleiłem je, ale na tyle kiepsko, że to widać. Wkleiłem po prostu jedno szkiełko na kropelkę do oprawki, bo inaczej się nie dało. Teraz na dole szkiełka jest mała smużka, a na górze oprawki szczelina o szerokości 1,5 mm. Jeździć w tym się da, ale nie ma to za wiele wspólnego z szeroko rozumianymi wartościami estetycznymi. Zatem sprawiłem sobie nowe okularki. W środku są plastikowe szkła korekcyjne, a na zewnątrz wymienne wkładki. Mam ich chyba z sześć. Są w różnych kolorach, w tym lustrzanki. Wziąłem je wczoraj do pierwszej jazdy. I co? Czułem się średnio. Jednak w starych lepiej mi się jeździło. Może kwestia przyzwyczajenia. Nie wiem, zobaczymy…

Pierwszym celem mojej wczorajszej jazdy była przeprawa przez Odrę Głoska-Brzeg Dolny. Jechało mi się dobrze, trochę pomagał wiatr. Szybko pokonałem te blisko 70 km i stanąłem nad Odrą. A niech to diabli. Na szlabanie zobaczyłem napis „prom nieczynny”. W tych okolicach na Odrze nie ma zbyt wiele możliwości przeprawienia się na drugą stronę. Przez chwilę myślałem nawet, by wrócić do domu. Droga do Rawicza w każdym razie wydłużyła mi się niezmiernie. Po momencie wahania, pomyślałem, że jednak nie dam za wygarną. Tą samą trasą wróciłem do Środy Śl. i dalej ruszyłem w kierunku mostu na Odrze przed Lubiążem. Czterdzieści kilometrów pod wiatr. No ale jakoś się udało. Potem już wiatr był w miarę nieszkodliwy, a nawet nieco pomagał. W Wołowie stanąłem na popas. Zjadłem kotlet świniowy z frytkami, zapijając sokiem pomarańczowym. Zresztą sok ten jest moim głównym płynem w bidonie. Za Wołowem nieco pomyliłem drogę, którą chciałem jechać. Zamiast obrać kierunek na Żmigród, to wyruszyłem drogą na Rawicz. Niby przecież jechałem do tego miasta, ale miałem zamiar zaliczyć nieco „dziewiczych tras”. Efektem tego zamieszania był skręt w prawo za miejscowością Bożeń. Na mapie była zaznaczona droga łącząca tę miejscowość z moją planowaną trasą. Niestety okazało się, że jest to droga polna. Trochę ubita, ale jednak jeszcze mokra i błotnista. Nawet już miałem się wycofać, ale jakoś się przebiłem. Kosztem umorusania roweru. Kląłem na czym świat stoi. Dzięki temu przemknąłem przez 11 nowych miejscowości w powiecie wołowskim i górowskim. W Rawiczu zameldowałem się po godzinie osiemnastej. Nocleg miałem zarezerwowany w hotelu OSIR, na ul. Spokojnej. Zdążyłem w hotelowej restauracji zjeść kolację. Miałem zamiar jeszcze obejrzeć sobie wieczorny film „Inni”, leciał na drugim programie. Kiedyś go oglądałem i wywarł na mnie spore wrażenie. Tym razem jednak zmęczenie było spore. Sen przyszedł niepostrzeżenie. Już chyba podświadomie wyłączyłem telewizor. Mój hotelik okazał się całkiem sympatyczny.

Rano zjadłem śniadanko i przed dziesiątą wyruszyłem w trasę. Tym razem już chciałem do domu dojechać w miarę prostą drogą, nie nadrabiając kilometrów. Tym bardziej, że prognozy zapowiadały wiatr z południa, czyli w twarz.

Znowu dotarłem do Wołowa, ale już inną drogą, tą pogardzoną poprzedniego dnia. Znowu Odrę sforsowałem w Lubiążu. W tej miejscowości warto polecić opactwo cysterskie. Pochodzi z XIII wieku, a w swych kryptach chowa groby Piastów śląskich. Kiedyś tym się interesowałem dość mocno. Dziś już zapał piastowski we mnie osłabł. No ale fotkę można było sobie zrobić.

W trakcie jazdy wreszcie doznałem ciepłych promieni słońca. Nawet na chwilę walnąłem się przy drodze. Patrzyłem na błękitne niebo, owady, które pracowicie dreptały w trawie, ptaki radośnie wołające na wietrze. A więc zaklinanie pomogło! Śniegu już nie ma wcale. Zamiast bieli coraz silnej wszędzie przebija zieleń. Oby tak dalej!

Zmorą powrotnej jazdy była stara kostka leżąca ciągle w miejscowościach w okolicach Legnicy, Jawora i Środy Śl. Ciężko się jedzie szosówką. Znowu musiałem szpetnie kląć.

Wycieczkę swoją zakończyłem ok. siedemnastej. Trochę podmęczony.

Trasa: Rawicz-Wąsosz-Wińsko-Baszyn-Bożeń-Wołów-Lubiąż-Mazurowice-Ruja-Tyniec Legnicki-Postolice-Budziszów Wielki-Lusina-Bartoszówek-Strzegom-Stanowice-Stary Jaworów-Świdnica.
Parę fotek na stronie:
http://www.bikeforum.pl/threads/11604-Wypociny-RODDOSA?p=300138#post300138




  • DST 178.20km
  • Czas 07:32
  • VAVG 23.65km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Hop do Rawicza cz.1

Sobota, 13 kwietnia 2013 · dodano: 14.04.2013 | Komentarze 0

Trasa: Świdnica-Wierzbna-Żarów-Gościsław-Jarosław-Ciechów-Środa Śl.-Klęka-Głoska-(nieczynny prom na Odrze!!!)-Klęka-Środa Śl.-Malczyce-Lubiąż-Wołów-Bożeń-Wróblewo-Pełczyn-Głębowice-Lubiel-Ługi-Unisławice-Pobiel-Wodniki-Rawicz.

Opis przy następnym wpisie.




  • DST 107.60km
  • Czas 04:55
  • VAVG 21.88km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziewicze trasy

Środa, 10 kwietnia 2013 · dodano: 10.04.2013 | Komentarze 0

Czasem pracuję poza swoim nominalnym miejscem, czyli Wałbrzychem. Tzw. teren. Tak właśnie było dziś. Praca czekała na mnie w miejscowości Radzików. Jest to mała wioska położona przy drodze krajowej nr 8. Droga ta łączy Wrocław z Kudową i dochodzi do czeskiej granicy. Jest bardzo ruchliwa i niebezpieczna. Ciężarówki poruszają się na niej całymi stadami, a na tej jednopasmowej drodze w wielu miejscach nie ma pobocza ani rozsądnego miejsca do ucieczki w razie zagrożenia. Nic dziwnego zatem, że raczej ją omijam szerokim łukiem. Nigdy nie jechałem nią w sposób kompleksowy, zdarzało mi się natomiast setki razy ją przecinać i sporo razy jechać nią krótkimi odcinkami. Biorąc to wszystko pod uwagę nie ma co się dziwić, że do dziś Radzików, który oddalony jest ode mnie tylko o 33 km, był dla mnie miejscowością rowerowo „dziewiczą”. A że zdarzyła się okazja połączyć pracę z rowerem, nie wahałem się rano wystartować do Radzikowa. Umówiłem się z moim kolegą- współpracownikiem, że samochodem dowiezie mi cywilne ubranie, które wcześniej mu przekazałem. Tak też się stało.

Rano pogoda była nieciekawa. W nocy padał intensywny deszcz i drogi były mocno zmoczone. W połowie drogi do Radzikowa przyplątała się też gęsta mgła. Widoczność spadła może do 30-40 merów. Jechałem uważnie i zapaliłem nawet tylne światełko. Na szczęście tylko mżyło, a nie padało. Ubrałem się ciepło i chyba pierwszy raz w tym sezonie w pewnym momencie podczas jazdy stwierdziłem, że z chęcią zrzuciłbym przynajmniej jedną bluzę. No ale nie zrzuciłem, bo chyba musiałbym ją posłać w krzaki, szkoda mi było.

Na miejsce dojechałem punktualnie o wyznaczonej porze. Potem jak to w pracy, trochę wysiłku intelektualnego. Rower stał oparty o ścianę, brudny jak nieboskie stworzenie. Miałem go wczoraj czyścić, na szczęście przeanalizowałem prognozę, która zapowiadała opady i sobie odpuściłem. I bardzo dobrze! Dziś rano po przejechaniu może kilometra mój rower był jeszcze bardziej brudny niż wczoraj. Oblepił go piasek i błoto. Teraz czeka w zaciszu strychu na jutrzejsze intensywne pucowanie.

W ciągu dnia pogoda ustabilizowała się. Było nawet miłe słońce. Ale kiedy wyruszałem w drogę powrotną, niebo zasnuły już chmury. Może raz w czasie mojej powrotnej jazdy coś na mnie kapnęło, ale wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby to była jakaś kropla zawieszona na drzewie, a nie deszcz. Na swojej mapie wypatrzyłem kolejny dziewiczy odcinek, no i rzecz jasna przejechałem go z uwagą obserwując okolice. Było tego może z 10 kilometrów, „dziewiczymi” miejscowościami były: Janowiczki, Czerwieniec i Kowalskie w powiecie strzelińskim. Rower trochę podeschnął, a napęd zgrzytał niemiłosiernie. Tak, tak, jutro trzeba pucować…

Raz nawet mocno zastanawiałem się nad swoją drogą, bo jakoś nie mogłem się wczytać w mapę. Moje wątpliwości rozwiał gość na rowerze, tubylec. Jego pojazd trzeszczał nieco bardziej od mojego, a gdy stanął okazało się, ze jest zalany w trupa. Piszę o tym tylko dlatego, że zdziwił mnie kontrast pomiędzy jego stanem ewidentnego zamroczenia, a jasnością udzielonych przez niego wskazówek, co do drogi. Podziękowałem mu grzecznie, a potem stwierdziłem, że maił rację co do joty.
Na dzisiejszej Tarsie miałem mały przedsmak górek. Przejeżdżałem przez Wzgórza Niemczańskie. Podjazdy są krótkie, ale dość sztywne. Było ich może z 5-6. Forma leciutko zwyżkuje…
Na kolejne dni zapowiadane są deszcze. Temperatura ma iść stopniowo do góry. W przyszłym tygodniu będzie ponoć 20 stopni. Ano, zobaczymy.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Wiry-Jaźwina-Łagiewniki-Radzików-Łagiewniki-Sienice-Prusy-Janowiczki-Czerwieniec-Kowalskie-Żelowice-Ciepłowody-Podlesie-Niemcza-Gilów-Dzierżoniów-Pieszyce-Bojanice-Opoczka-Świdnica. Przed Dzierżoniowem z zadumą spoglądałem na zaśnieżone szczyty Gór Sowich.




  • DST 119.60km
  • Czas 05:38
  • VAVG 21.23km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Skok w opolskie cz.2

Niedziela, 7 kwietnia 2013 · dodano: 07.04.2013 | Komentarze 1

Korzystając z lepszej (trochę!) pogody postanowiłem wybrać się na dwudniowy wypad. Jak już wiele razy się uskarżałem, forma cieniutka, a więc nie wytyczyłem sobie zbyt trudnego celu. Pomyślałem zatem, że warto odwiedzić Namysłów, tam się przenocować i wrócić do domu następnego dnia. Cel zaiste skromny, bo kiedyś w jeden dzień zrobiłem podobną trasę, z tym, że wyruszyłem z Wałbrzycha, a nie Świdnicy, co dało jeszcze dodatkowe 50 km. Wtedy przekroczyłem 300 km w ciągu dnia. No ale obecnie o czymś takim mogę tylko pomarzyć. Początki bywają trudne, do celu należy dochodzić stopniowo. Najlepszym lekarstwem na słabą formę są coraz trudniejsze wyzwania.

Wczoraj zatem wyjechałem przed dziesiątą. Pogoda była umiarkowana. Rano nieco padało, było mokro i wszystko spowijała mgła. No ale był prawdziwy upał! Zero stopni! W porównaniu z poprzednią moją wycieczką, kiedy było minus jedenaście stopni, prawie można było wystawić gołą pierś. Ja jestem jednak zmarzluchem i ubrałem się ciepło i solidnie. Wolę nieco się zgrzać niż przemarzłość do szpiku kości. Zresztą ostatnia moja jazda na kilak dni zrujnowała moje zdrowie. Przeziębienie… Na szczęście po chorobie nie było śladu i z optymizmem wyruszyłem w dal.

Jechało mi się nieźle. Generalnie wiatr nie przeszkadzał. Nawierzchnia z początku mokra, po jakimś czasie zrobiła się sucha. Oczywiście na polach, a czasami tuż przy drodze leżały zwały śniegu. Jechałem przez Oławę. Jest to jedno z bardziej nieprzychylnych rowerzystom miast. Już na początku straszą gęsto poustawiane znaki „zakaz wjazdu rowerów”. Obok niby jest ścieżka rowerowa, ale jest okropna – z bocznymi drogami krzyżuje się co sto metrów, jej stan jest opłakany. Są wyrwy wypełnione piaskiem. W jednej takiej prawie bym się przewrócił. Od tego momentu zlekceważyłem znaki i wskoczyłem na ulicę. Od Oławy zacząłem nieco lawirować bocznymi drogami. Zaliczyłem sporo „dziewiczych tras” – może ze 30 km i około 10 „dziewiczych miejscowości”. Podczas jazdy myślałem, by gdzieś stanąć i zjeść normalny obiad. Ale nie było gdzie. Pokrzepiłem się zatem dwoma słodkimi bułkami i bananem. Nie było to zbyt wiele, a zatem ostanie kilometry trochę dały mi w kość. Tym bardziej, że musiałem brnąć pod przeciwny wiatr. W Namysłowie zameldowałem się przed siedemnastą. Dzień był jeszcze w pełni, ale byłem raczej zmęczony i nie miałem ochoty na dodatkowe kilometry. Na obiadokolację spożyłem pokaźną pizzę. Wcześniej zarezerwowałem sobie nocleg w hotelu „Polonia”. Na zdjęciu w necie wyglądał przyzwoicie, ale rzeczywistość okazała się już nie tak różowa. Wydaje mi się, że chyba nie zasłużył na dumnie prezentowane dwie gwiazdki. Kąpiel w letniej wodzie jest średnią przyjemnością, zwłaszcza po dniu spędzonym na powietrzu. Powietrzu, dodam, niezbyt gorącym. Poza tym za sąsiadów miałem jakąś rozwrzeszczaną rodzinę Turków czy kogoś takiego. Na szczęście wrzaski (ale jakie!) zakończyły się jak Bóg przykazał o 22. No ale co z tego skoro rano zaczęły się już po szóstej. Te trudy zamieszkiwania nieco wynagrodził mi właściciel hotelu, który ogólnie był całkiem sympatyczny. Zamówione ekstra duże śniadanie przyniósł mi do pokoju punktualnie o wyznaczonej porze, poza tym pożyczył mi nici i igłę, gdy okazało się, że zamek w moim plecaczku ostatecznie się rozwalił. Zapakowałem zatem do niego swój dobytek, ten z którego podczas jazdy nie miałem zamiaru korzystać i po prostu zaszyłem dziurę…

Spało mi się dobrze. Na szczęście tureckie dzieci spały też smacznie i nie darły twarzy… Po obfitym śniadaniu wyruszyłem na krótki objazd Namysłowa. Pstryknąłem parę fotek. Pogoda była niezła. Świeciło słoneczko. Nie było jednak ciepło. Nie czuło się też wiosennych podmuchów. Jak się okazało już gdy wyruszyłem w drogę powrotną, podmuchy były zimowe i niestety wiało mi w twarz. Wczoraj zastanawiałem się jak uda mi się przejechać dzień po dniu. Gdy zrozumiałem że całą drogę będę się zmagał z wiatrem, nieco mnie w środku zmroziło. No ale nie było tak najgorzej. Jak mnie przytykało, stawałem na chwilkę, a potem ruszałem dalej. Raz stanąłem na stacji paliw, by napić się kawy. Jakoś machnąłem ręką i spadły mi moje rowerowe okulary. Pech chciał, że pękła oprawka i wyleciało szkiełko. Są one jednocześnie korekcyjne, bo mam wadę minus 1,75 dioptrii. Po plecaczku druga starta! Może nie do końca, bo pewnie uda mi się je skleić „kropelką” czy podobnym wynalazkiem… No ale od Brzegu już jechałem w swoich normalnych okularach. Mają metalowe oprawki i przy chłodnym wietrze „łapią” chłód. No ale cóż było robić? W międzyczasie słońce zaszło i dwa razy złapała mnie śnieżna zawierucha. Na szczęście był to bardziej mokry grad niż śnieg. Raz opady trwały z 10 minut, a raz z 5. Potem znowu wyszło słońce.

Do domu dojechałem przed siedemnastą. Nieco wymęczony… No cóż, z planowanej przeze mnie trzydniowej wycieczki na Górę Świętej Anny póki co trzeba zrezygnować. Wczorajsza i dzisiejsza jazda przekonała mnie, że może trasę tę bym zaliczył, ale kosztem zbyt dużego wysiłku. Zatem trzeba jeszcze potrenować...
Trasa (głównie drogą krajową „39”, ale przy minimalnym ruchu samochodowym): Namysłów-Żaba-Lubsza-Brzeg-Skarbimierz-Wiązów-Strzelin-Łagiewniki-Jaźwina-Wiry-Świdnica.
Parę fotek na stronie:
http://www.bikeforum.pl/threads/11604-Wypociny-RODDOSA?p=299831#post299831




  • DST 127.60km
  • Czas 05:48
  • VAVG 22.00km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

skok w opolskie cz.1

Sobota, 6 kwietnia 2013 · dodano: 07.04.2013 | Komentarze 0

Trasa: Świdnica-Wiry-Sady-Sobótka-Jordanów Śl.-Borów-Borek Strzeliński-Skrzypnik-Gaj Oławski-Oława-Bystrzyca-Dobrzyń-Biskupice Oławskie-Mikowice-Żaba-Namysłów.
Opis w cz. 2.




  • DST 81.10km
  • Czas 03:58
  • VAVG 20.45km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do pracy marsz!

Wtorek, 26 marca 2013 · dodano: 26.03.2013 | Komentarze 0

Sezon dojazdów do pracy rozpoczęty!
Nie przyszło to jednak łatwo, bo dziś zaliczyłem chyba najbardziej mroźny i zimowy swój rowerowy wyjazd. Brzmi to trochę jak żart, bo przecież za chwilę będzie kwiecień. Jednak pogoda jest zimowa mimo że przecież zwykła logika nakazuje, by było już nieco cieplej. Szczerze mówiąc nie pamiętam tak długo trwającej zimy. A jako dinozaur pamiętam wiele. Ciężkie zimy bywały, kiedy byłem dzieckiem, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pamiętam je dobrze. Jak spadł śnieg w grudniu tak trzymał do wiosny. Właśnie! A wiosną ładnie wszystko puszczało, śpiewały ptaszki, żółciły się forsycje. A w tym roku istny koszmar! No bo jak określić moją poranną jazdę przy minus jedenastu stopniach?

Wyruszyłem ze sporym zapasem, by się nie spóźnić, bo to i nieelegancko, i w pracy tego nie lubią. Wyruszyłem zatem o 5:40. Rzeczywiście zapas się dojechałem do pracy po upływie 1:12 h. chyba mój najgorszy wynik, do przeciętnego czasu straciłem ok. 10 minut, do rekordu 15. Ale jak pobijać rekordy, kiedy forma cieniutka, a dookoła panuje zimowe ekstremum. W pracy spotkałem się z różnym odbiorem mojej jazdy: od podziwu do głośnego zastanawiania się nad stanem mego umysłu… Przemarzłem straszliwie, ale najbardziej przemarzły mi stopy. Kiedy w łazience zażywałem krótkiej toalety i stałem bosą nogą na kafelkach, wydawało mi się, że te grzeją. Zupełnie tak jak przy ogrzewaniu podłogowym. No ale takiego wszakże w mojej pracy nie ma… Na ostatnim pojeździe chciałem jeszcze łyknąć nieco soku z bidonu, ale mi się nie udało. Płyn był zamarznięty.

Dzień w pracy minął szybko na zwykłych zajęciach. O piętnastej, kiedy wyruszałem w drogę powrotną, było nieco cieplej, aż pięć stopni mrozu. Oczywiście chciałem zaliczyć jakąś sensowną pętelkę, by w Świdnicy zameldować się tuż przed zmrokiem. Najbardziej kiepsko jeździ się teraz po Wałbrzychu. Pełno dziur, ale zaczęły się remonty nawierzchni ulic. Niedługo to miasto chyba całkiem się zakorkuje. W okolicach Wałbrzycha jest znacznie więcej śniegu niż w położonej nieco ponad 20 km na północ od niego Świdnicy. Drogi są przejezdne, ale błoto śniegowe leży np. na wylocie w kierunku Złotego Lasu. Tam musiałem mocno uważać. Raz nawet stanąłem i z zszedłem na pobocze (w śnieg), by puścić samochód. Na szczęście aut było na tej drodze niewiele, a potem już był w miarę czysty asfalt.

Jadąc patrzyłem na białe pola i na zaśnieżone Góry Sowie oraz skrzącą od śniegu Ślężę. Na przełęcze w Górach Sowich pewnie będzie można wybrać się za miesiąc…

Jazdę na mrozie i przy ciężkim wietrze okupiłem chyba małym przeziębieniem. Czuję że coś mnie bierze, ale wszystko okaże się jutro.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Dziećmorowice-Złoty Las-Lubachów-Bystrzyca Górna-Bojanice-Moscisko-Tuszyn-Jaźwina-Jędrzejowice-Wiry-Świdnica.




  • DST 118.20km
  • Czas 05:36
  • VAVG 21.11km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiosny nie widać...

Niedziela, 24 marca 2013 · dodano: 24.03.2013 | Komentarze 0

Zima jest nieustępliwa i męcząca. Zamiast zgodnie z logiką powoli pakować się, by przeskoczyć na półkulę południową, pozostaje u nas, niewiadomo po co. Co za tym idzie, moje planowane poranne jazdy do pracy okazały się niewykonalne. Mróz jeszcze jakoś można było pokonać, ale zwałów śniegu na drodze, już nie bardzo. Śnieg prószył prawie prze cały tydzień, bo w piątek przestać. Wczoraj zrobiłem mały rekonesans samochodem, badając przejezdność dróg. A że ta była wystarczająca, dziś nie czekając wiele, wybrałem się w trasę.

Było bardzo zimno. Mróz i wiatr stanowił o trudnych warunkach jazdy. Co prawda świeciło ostro słonko, lecz jego promienie jakoś nie mogły rozgrzać skutego lodem świata. Woda w stawach, przydrożnych rowach i kałużach była zamarznięta na kość. Na drogach jednak asfalt był całkiem odkryty i tylko z rzadka trzeba było omijać prezenty pozostawione przez zimę (śnieg i zlodowacenia). Ubrałem się iście arktycznie, ale i tak przemarzły mi stopy. Sok pomarańczowy w bidonie wyraźnie krystalizował, no ale jakoś go przełknąłem.

Dziś wiatr był z kierunku wschodniego. Trasę obmyśliłem wczoraj, a przed jazdą sprawdziłem pogodę i kierunek wiatru. Okazało się, że dziś miała być orka pod wiatr na początku, a od połowy trasy już lajcik. Tak się właśnie teraz zastanawiam, jaki wiatr jest lepszy – na początku przeciwny, a potem sprzyjający, czy na odwrót. Oczywiście zakładając, że poruszamy się po linii zamkniętej, a nie mkniemy tylko w jednym kierunku (jak na przykład na jakiejś wyprawie). Z pozoru wydawać by się mogło, że dzisiejszy mój układ wiania wiatru jest dla rowerzysty lepszy. Najpierw klniemy, potem jedzie się prawie samo. Otóż, moim zdaniem jednak nie. Na początku dobry jest wiatr sprzyjający, bo kilometry szybko lecą, jest miło i przyjemnie. Potem gdy już jesteśmy rozruszani, można powalczyć z wiaterkiem. Nawet jadąc 50-80 kilometrów z wiatrem w plecy specjalnie się nie namordujemy. Później jest ciężko, ale przecież do domu wypada wrócić. Gdy najpierw wymęczy nas przeciwny wicher, to już potem nawet jazda z wiatrem nie jest tak przyjemna. No to tyle dywagacji o wietrze. Chociaż tak właściwie lepiej ,żeby wcale go nie było. Pamiętam zeszłoroczną jazdę po Bałkanach. Dosłownie: wiatru nie było! Jechało się wybornie. U nas jednak te wietrzyska ciągle hulają. Cóż, trzeba przywyknąć.

Na trasie spotkałem dwóch szoszonów. Hm, ja też dziś byłem szoszonem. Niestety kultura rowerowa użytkowników kolarzówek okazała się w połowie tylko na poziomie. Na pozdrowienia rowerowe pierwszy nie odpowiedział, lecz mocniej nacisnął na pedały. Lekko mnie to zirytowało. Na szczęście drugi pierwszy do mnie machnął łapką, a więc i ja nie byłem dłużny…

Udało mi się zaliczyć także dwie króciutkie „dziewicze trasy”. Obie w powiecie wrocławskim, w gminie Kobierzyce. Przejechałem nimi przez „nowe” miejscowości: Kuklice i Nowiny. Po sprawdzeniu w moich statystykach okazało się, że była to 3748 i 3749 miejscowość, odwiedzona przeze mnie na rowerze.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Wiry-Sady-Sobótka-Świątniki-Jordanów Śl.-Borów-Marcinkowice-Szczepankowice-Kuklice-Kobierzyce-Nowiny-Gniechowice-Kąty Wrocławskie-Piława-Mietków-Domanice-Krasków-Wilków-Niegoszów-Świdnica.