Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 323163.40 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 109.30km
  • Czas 04:27
  • VAVG 24.56km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

deszcz

Piątek, 10 maja 2013 · dodano: 10.05.2013 | Komentarze 0

Dzisiejszy dzień absolutnie nie nadawał się na rower. Ci, którzy pozostali w domy, wygrali los na loterii. Ja do tych szczęśliwców się nie zaliczam. W planach na dziś był rower i nic tych planów nie było w stanie zmienić.

Rano pojechałem do pracy. Jechało się przyjemnie. Podwiewał jednak przeciwny wietrzyk. Trochę się z nim zmagałem, zatem nawet z zadowoleniem przyjąłem odczytany na liczniku czas porannej jazdy: 1:02 h. Po drodze, zwłaszcza w pobliżu Wałbrzycha, widoczne były ślady nocnych intensywnych opadów. Prognoza była taka, że rano te opady miały zaniknąć. Tak też się stało.

W pracy skrzętnie śledziłem prognozy na najbliższe godziny. Cóż, miało lać. Cały czas piętrzyły się ołowiane chmurzyska. Do godziny piętnastej, a więc do końca mojej pracy, deszczu nie było. Wiedziałem jednak, że wyrok na mnie już zapadł. Przemoknięcie do suchej nitki. Gdy ruszyłem przez Wałbrzych, spadły na mnie pierwsze krople. Deszcz się z każdą chwilą zmagać, by po jakiejś półgodzinie stać się ulewą. W takich warunkach pokonałem 80 km. Woda szybko spenetrowała wszystkie zakamarki. Dostała się do butów, przesiąkła ubiór. Na szczęście nie było strasznie zimno. Raz na chwilę opady ustały. Było to już blisko domu. No ale ułuda nie trwała długo. Ostatnie 10 kilometrów pokonywałem w ścianie wody. Deszcz żegnał mnie z przytupem…

No ale przecież człek nie jest z cukru, nie rozpuści się. Tak naprawdę, gdy już się jest całkowicie przemoczonym, to już jest wszystko jedno. Dla mnie o dziwo najgorszy był fakt, że miałem całkowicie zalane okulary i spory dystans pokonałem z patrzałkami podniesionymi na czoło. Wtedy woda wlewała się do oczu, które dziwnie zaczynały mnie piec. Nie wspomnę już o tym, że bez korekcyjnych szkieł jechało mi się ze znacznie mniejszym komfortem. Musiałem wypatrywać dziur na drodze, by w którąś nie wpaść, a dziur nie brakowało.

Z dzisiejszej przygody widzę takie oto pożytki: wzmocniłem ciało, pokrzepiłem ducha, a także w trudnych warunkach wypróbowałem swój nowy licznik. Poprzedni wylądował na śmietniku historii, bo zawiódł mnie podczas wilgotnej aury. Nowy jednak spisał się chwacko. Ani myślał przemóc od deszczu. Przemókł mi natomiast telefon, który schowany miałem w trójkącie pod ramą. Coś tam teraz pika i same wyskakują na nim cyferki. Trzeba będzie go podsuszyć…

Weekend zapowiada się kiepsko. Opady. Może uda mi się wyskoczyć w niedzielę. Jutro muszę wyczyść swój pojazd, bo po walce z deszczem ma na sobie miliard ziarenek piasku.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Szczawno Zdrój-Stare Bogaczowice-Sady Dolne-Kłaczyna-Roztoka-Jawor-Mściwojów-Goczałków-Strzegom-Stanowice-Nowy Jaworów-Milikowice-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica.




  • DST 108.80km
  • Czas 05:02
  • VAVG 21.62km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przełęcze Gór Sowich

Środa, 8 maja 2013 · dodano: 08.05.2013 | Komentarze 2

Rano zaliczyłem kolejny dojazd do pracy. Czas coraz lepszy, dziś jechałem 1:01 h. Wyjechałem wcześnie, byłem asekuracyjny, a zatem do pracy dojechałem grubo przed czasem. Następnym razem wyśpię się kapkę więcej. Poranek był piękny. Słoneczny i ciepły. Na trasie, już blisko Wałbrzycha zobaczyłem jednak ślady nocnych lub porannych opadów w postaci plam i kałuż.

Po pracy postanowiłem zrobić trudną trasę jako sposób budowania lepszej formy na słowacką wyprawę, która zaczyna się za miesiąc. Wybór był oczywisty i padł na Góry Sowie. Pokręciłem się nieco po nich i wjechałem na trzy przełęcze (według kolejności mojego wjazdu): Walimską, Jugowską i Sokolą. Ich wysokość kształtuje się na poziomie 750-800 mnpm. Czekało mnie zatem wiele kilometrów podjazdów. Tak na moje oko, łącznie z innymi podjazdami na całej trasie, mogło tego być ze 40 km.

Góry Sowie znowu zachwyciły mnie swoim spokojem, ciszą i naturalnym pięknem. Nawet ten koszmary zjazd z Przełęczy Jugowskiej, o którym niedawno pisałem, jakoś też miał swój urok. Wspinaczka na przełęcze zabrała mi sporo sił. A co dała w zamian? Satysfakcję i niekiedy ładne widoki wiosek i miasteczek położonych w dole. Tak naprawdę tych widoków nie jest za dużo, bo droga wije się przez las. No ale czasem cos tam można dojrzeć. Szczególnie ładna jest panorama Kotliny Kłodzkiej i otaczających ją gór jakieś trzy kilometry od Przełęczy Jugowskiej. Widok otwiera się na lewą stronę (jeśli zjeżdżamy). Jest tam nawet ławeczka, by móc usiąść i pokontemplować widok. Ja jednak nie kontemplowałem, bo znam go dość dobrze. Zadowoliłem się dziś tylko szybkim rzuceniem oka…

W górach nie spotkałem żadnego rowerzysty, natomiast cała ich masa pomykała w pobliżu Świdnicy, a zwłaszcza na malowniczej trasie wzdłuż Jeziora Bystrzyckiego. To chyba dzięki pięknej wiosennej pogodzie. Jedynym jej minusem był spory wiatr, który nie wiedzieć czemu postanowił przeszkadzać mi na podjazdach. Zwłaszcza na Jugowską jechało mi się przez to szczególnie ciężko.

Trasa miała taki oto przebieg: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych (rano); Wałbrzych-Olszyniec-Walim-Przełecz Walimska-Pieszyce-Przełęcz Jugowska-Sokolec-Przełęcz Sokola-Walim-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.




  • DST 228.60km
  • Czas 09:03
  • VAVG 25.26km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Pierwsza dwusteka w sezonie

Niedziela, 5 maja 2013 · dodano: 05.05.2013 | Komentarze 3

Majówka upłynęła pod znakiem złej pogody. Było zimno i lało. Wczoraj się lekko przejaśniło, ale dopiero dziś mogłem jechać na rower.

Ze względu na ambitne plany wstałem wcześnie, szybko też się wyszykowałem i ok. 7:30 pomknąłem już w trasę. Po obejrzeniu wszystkich prognoz, prześledzeniu ich na Internecie, w tym na moim ulubionym meteo.pl, dałbym sobie głowę ogolić, że dziś będzie piękna aura. Może niezbyt upalna, ale z ogromną ilością słońca. I cóż się dzieje rano? Chmury, chmury, chmury. Słońce głęboko za nimi schowane nie dawało znaku życia. Masz ci los! A miało być tak pięknie. Cóż było robić? Jechać i nic nie gadać.

Po dojechaniu do ok. 30 kilometra postanowiłem spenetrować jedną „dziewiczą dróżkę”, która dotąd skutecznie opierała się moim podbojom. Sam nie wiem jak to się stało. O ile pamiętam dawniej była nieprzejezdna dla mnie, bo nie posiadała asfaltu. Chodzi mi o odcinek może sześciokilometrowy między Ratajnem a krajową Ósemką, wiodący przez Ligotę Wielką i Przystronie. Teraz asfalcik położono gładziutki i milutki. Nie jest co prawda zbyt szeroki, ale rower się zmieści.

Dziś wszystko pracowało na niezłą średnią. Trasa była raczej płaska, wiatr nie przeszkadzał (obserwowałem smętnie wiszące na masztach flagi państwowe, co oznaczało tak miła dla każdego rowerzysty flautę), a i forma coraz lepsza.

Mój rower wywiózł mnie, podobnie jak tydzień temu przy okazji wędrówki na Górę Św. Anny, na Opolszczyznę. No ale z tamtej trasy powtórzyła się tylko jedna miejscowość, a mianowicie Grodków. Tydzień temu jadłem tam obiad, a dziś wstąpiłem do kawiarni. W domu jakoś nie wypiłem kawy, a gdy zobaczyłem zachęcające szyldy, nie oparłem się pokusie. Wypiłem ogromna filiżankę, a do swego środka wrzuciłem też dwa eklerki. Chyba były lekko starawe, bo przez pół drogi mój brzuch wydawał dziwne odgłosy. No ale jakoś to w końcu zmogłem.

Wziąłem też aparat. W domu pozostał jednak statyw. Zatem jako ten ostatni służył mi bidon lub korzystałem z jakichś korzystnych udogodnień (słupek, parapet witryny sklepowej itp.). Oprócz ulubionych tabliczek pstryknąłem też parę fotek w centrach mijanych miasteczek. Efekt pod spodem.

Jeszcze przed Grodkowem dopadł mnie mały deszczyk. Był czymś nieprawdopodobnym nie ze względu na oglądane wczoraj przeze mnie prognozy, lecz ze względu że spadł z chmur zupełnie niedeszczowych. No ale raczej szkody mi nie zrobił. Potem jeszcze dwa razy pokropiło, a koło godziny pierwszej wreszcie wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Zrzuciłem natychmiast bluzę z długim rękawem, którą miałem pod spodem i napawałem się nieszkodliwym wiatrem i słońcem. Było miło i błogo. Jechało mi się lekko i bez wysiłku.
Celem jazdy były dwie większe miejscowości między Brzegiem a Opolem, a mianowicie Niemodlin i Lewin Brzeski. Cele udało się zaliczyć, a przy okazji kilka następnych dziś na trasie „dziewiczych tras” i nowych miejscowości. Za miejscowością Gracze spotkałem ciekawą sytuację. Na trasie, którą sobie zaplanowałem zobaczyłem znak zakazu ruchu za 950 m. Mimo to pojechałem w tę stronę. Po przejechaniu może rzeczywiście kilometra, dalszy przejazd zagrodziła siatka. Była szczelna i raczej nie można było się przez nią przecisnąć. Na siatce ujrzałem tabliczkę, że droga stanowi własność kopalni jakiegoś kamienia (granitu chyba) i ze względu na osuwiska nie można się nią poruszać. Ja jednak wyszukałem ślady tubylców, którzy pieszo i na rowerze wytyczyli obejście siatki. Po dwustu metrach znowu stanąłem na asfalcie i pojechałem dalej. To dziwna to sprawa, żeby droga publiczna byłą własnością jakiejś kopalni. Skoro ja uszkodzili, to warto naprawić. Ale u nas z tym jest różnie…

Dystans, czas i inne parametry odmierzał mi nowy licznik Sigma BC.8.12. Działał bez zarzutu, ale jakoś nie mogę przyzwyczaić się do tych kulfonów, które wyświetla. Niby maja być oryginale w kształcie cyferki, a mnie się nie podobają. Zwłaszcza „dwójka” jest koszmarna. No ale co zrobić? Cyferki na liczniku Kellys podobały mi się, ale nie wytrzymał próby wilgoci. Jak licznik mnie zawiedzie, to wędruje na śmietnik historii…
W okolicach piętnastej zjadłem obiad w knajpce w miejscowości Kolnica. Zamówiłem sobie rzecz jasna kotlet świniowy. Był ogromny i spałaszowałem go z wielkim apetytem. On to chyba w końcu zneutralizował działanie tych eklerków…

A więc dzisiejsza trasa wyglądała tak: Świdnica-Wiry-Jaźwina-ratajno-Ligota Wielka-Łagiewniki-Strzelin-Grodków-Głebocko-Gracze-Rogi-Niemodlin-Magnuszowice-Lewin Brzeski-Jankowice Wielkie-Wierzbnik-Kolnica-Kucharzowice-Wiązów-Borek Strzeliński-Borów-Jordanów Śl.Świątniki-Sobótka-Marcinowice-Wilków-Pszenno-Świdnica.
Oczywiście pierwsza dwusetka w sezonie i 17 wynik w mojej tabeli wszechczasów.
Parę zdjęć na stronie:

http://www.bikeforum.pl/threads/11604-Wypociny-RODDOSA?p=300979#post300979




  • DST 151.60km
  • Czas 06:44
  • VAVG 22.51km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Mgła na Okraju

Środa, 1 maja 2013 · dodano: 01.05.2013 | Komentarze 0

Maj wita parszywą pogodą. Zimno i deszcz. Nie wypadało jednak w Święto Pracy siedzieć w domu. Postanowiłem uczcić je pracą na rowerze. Wybór padł na Przełęcz Okraj, położoną na wysokości 1046 mnpm na granicy z Czechami w Karkonoszach.

Jazdę rozpocząłem późno, bo mocno po jedenastej. Tak mi się słodko spało, że gdy już wstałem i zjadłem śniadanie, pomyślałem sobie, że skrócę trasę. Jednak myśl wjechania na poziom ponad tysiącmetrowy była silniejsza. I to ona w końcu jednak zwyciężyła. A łatwo nie było.

Chyba pierwszy raz zawiodłem się na prognozach meteo.pl. Zapowiadali co prawda chłód, ale o deszczu nic nie było. Miał zacząć padać dziś w nocy. Tymczasem było go wciągu dnia pod dostatkiem. Prawdę rzekłszy, nie była po jakaś kolosalna ulewa. Bardziej mżyło i czasem pokropiło solidniej. No ale mnie deszcz przemoczył, a rower wygląda fatalnie, bo przywiozłem na nim z pół kilo piachu. Ziąb był dojmujący.

Na dobitkę wysiadł mi licznik. Zamókł od deszczu. Do tej pory mój Kellys nie reagował na wilgoć, ale widocznie wszystko ma swoje granice. Na 28 kilometrze jazdy odmówił posłuszeństwa. Zirytowało mnie to niepomiernie. Najpierw coś tam przy nim gmerałem, próbowałem zmienić ustawienie, ruszałem kołem. Nadaremnie! Cóż było robić? Musiałem jechać bez danych, które miał prezentować. Potem jeszcze dwa razy ożył, kiedy zrobiło się suszej. No ale były to ostatnie podrygi.

Jechałem drogami dobrze mi znanymi. O żadnym „dziewictwie tras” nie mogło być mowy. Od Przełęczy Kowarskiej wjechałem w obszar gęstej mgły. Widoczność była może na 30m. Dodatkowo ostatnie 5 kilometrów na Okraj jechało się po nawierzchni przykrytej na znacznej powierzchni piaskiem. Na podjeździe spotkałem jednego rowerzystę, kilu motocyklistów i kilkanaście samochodów z rejestracjami z różnych części kraju. Wybrali się biedacy na majówkę! A zobaczyli śnieg. Tak, od poziomu ok. 1000 mnpm, zobaczyć było można śnieżne łachy na poboczu. Śnieg gównie zmieszany był z pisakiem, ale też było go trochę w czystej postaci. Na przełęczy już po czeskiej stronie chciałem nieco odsapnąć, ale było tak zimno i nieprzyjemnie, że odpoczynek odsunąłem nieco w czasie i dystansie. Oczywiście nie mogłem zjeżdżać na stronę czeską do Trutnova, bo miałem już niezbyt dużo czasu, a przez Czechy miałbym jednak dalej. Szybko zatem puściłem się w powrotną drogę. Zjeżdżałem wolno, bo trzeba było uważać na samochody, które gwałtownie wyłaniały się z mgły. Poza tym był ten piasek.

Wracałem jednak zupełnie inną trasą, bo nie widziałem dużego sensu w kolejnym przemierzeniu już przejechanej. Powtórzył się tylko odcinek około pięciokilometrowy do Rozdroża Kowarskiego, no ale innej możliwości nie było.

Z ulgą powitałem brak mgły i mżawki w dole. Wytarłem zaparowane okulary i mocniej nacisnąłem na pedały. W domu zjawiłem się po dziewiętnastej. Jutro czyszczenie roweru i solidny przegląd tego licznika, a może kupię nowy.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Witoszów Dolny-Komorów-Świebodzice-Cieszów-Stare Bogaczowice-Jaczków-Kamienna Góra-Przełęcz Kowarska-Rozdroże Kowarskie-Przełecz Okraj-Rozdroże Kowarskie-Lubawka-Lipienica-Krzeszów-Mieroszów-Unisław Śl.-Rybnica Leśna-Głuszyca-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.
Dystans ustaliłem dość dokładnie na podstawie Google earth.
Średnia została oszacowana.




  • DST 134.90km
  • Czas 06:23
  • VAVG 21.13km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góra Św. Anny cz.3

Niedziela, 28 kwietnia 2013 · dodano: 28.04.2013 | Komentarze 0

Trasa Prudnik-Świdnica z wmordewindem.
Opis niebawem.




  • DST 164.90km
  • Czas 07:19
  • VAVG 22.54km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góra Św. Anny cz.2

Sobota, 27 kwietnia 2013 · dodano: 28.04.2013 | Komentarze 0

Trasa Góra Św. Anny-Gliwice-Prudnik.
Opis niebawem.




  • DST 180.40km
  • Czas 07:45
  • VAVG 23.28km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góra Św. Anny cz.1

Piątek, 26 kwietnia 2013 · dodano: 28.04.2013 | Komentarze 0

Trasa Świdnica-Góra Św. Anny. Opis niebawem.

Opis i zdjęcia na stronie:
http://www.bikeforum.pl/threads/35722-Góra-Św.-Anny-kwiecień-2013?p=300746#post300746




  • DST 123.40km
  • Czas 05:20
  • VAVG 23.14km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie forever

Wtorek, 23 kwietnia 2013 · dodano: 23.04.2013 | Komentarze 0

Dziś drugi raz w tym sezonie rano wyruszyłem do pracy. Poprzednim razem jechałem w jedenastostopniowym mrozie. Takich ekstremów tego ranka nie było. Owszem powietrze było niezbyt ciepłe, ale jechało się nawet przyjemnie. Wyjechałem z domu 5:45, by w pracy zameldować się o 6:51. Jechałem zatem godzinę i sześć minut. W porównaniu do pierwszej jazdy to o sześć minut szybciej, ale w porównaniu do standardów poprzedniego sezonu gorzej o sześć minut, o rekordzie nie wspomnę, bo zabrakło aż dziewięć minut. Jakoś ten brak rekordu mnie nie zmartwił, cóż forma powoli się buduje.

Po pracy postanowiłem kolejny raz przeciąć Góry Sowie. Tym razem wybór padł na Przełęcz Woliborską, która leży na wysokości 711 mnpm. Aby do niej się zbliżyć od zaplanowanej strony, musiałem też przejechać kawałek przez Czechy.

Jechało mi się całkiem przyjemnie. Sporo podjazdów na trasie pokonywałem dość rześko. Nawet podmuchy wiatru jakoś mi nie wadziły. Mijałem rowerzystów, którzy w znacznej liczbie przemierzali polskie i czeskie drogi.

W domu chciałem być o 20. Udało mi się do niego dotrzeć pół godziny wcześniej.

Teraz czas na weekendowy atak na Górę Św. Anny…

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Mezimesti-Hyncice-Broumov-Otovice-Tłumaczów-Nowa Ruda-Wolibórz-Przełęcz Woliborska-Jodłownik-Bielawa-Pieszyce-Bojanice-Opoczka-Świdnica.




  • DST 125.10km
  • Czas 05:26
  • VAVG 23.02km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie forever

Niedziela, 21 kwietnia 2013 · dodano: 21.04.2013 | Komentarze 0

Po raz pierwszy w tym roku postanowiłem przejechać kawałek przez górki. Lekka zwyżka formy do tego uprawniała. Najbliższe w sensie geograficznym, a i mentalnym są mi Góry Sowie. Zatem ku nim się skierowałem. Konkretnym moim celem była Przełęcz Jugowska, najwyższa w tych górach, bowiem jej wysokość to 805 mnpm. Aby ją zdobyć należy uporać się z 13- kilometrowym podjazdem od Pieszyc. Wiele razy tu pisałem o urokach tego podjazdu. Chyba nie warto się powtarzać. Jedno tylko można wspomnieć, nawet w Góry Sowie powoli wchodzi wiosna. Droga już zupełnie przejezdna, ale w zapadliskach widać jeszcze śnieg, a płytkie przydrożne rowy zalane były rwącą wodą. O ile jakość nawierzchni od strony Pieszyc jest przyzwoita, niedawno spory odcinek był całkowicie wyremontowany, o tyle zjazd w dół w kierunku Jugowa lub Sokolca jest już nie asfaltowy, ale szutrowo- ziemny. Szosówką należy zjeżdżać nad wyraz ostrożnie. Oj, warto wziąć się za jakąś renowację.

Nie zwiodło mnie słońce, które po dwóch dniach nicnierobienia, wreszcie pokazało się nad moją okolicą. Dziś też się zbytnio nie wysilało. Niby świeciło, a ciepła było z tego niewiele. Znowu musiałem ubierać długą bluzę i takie też spodnie. Przydały się, bo jazda na krótko byłaby dość ekstremalna.

Nie chciałem dziś zbytnio przeszarżować, bo przecież forsowałem górki, zatem dystans nie był zbyt duży – jak na dzień wolny od pracy. No ale jazda w górach poszła mi dość dobrze. Także zadowolony i niezbyt zmęczony około 16:30 zamknąłem już swoją pętlę i dotarłem do domu. Nawet miejscami silny wiatr jakoś mi nie przeszkadzał. Owszem, jechało się wolniej, ale w głowie nie powstawały zbrodnicze myśli, by rower rzucić w krzaki i zaniechać dalszej jazdy.

Do domu wracałem przez Czechy. U nich ruch wyraźnie mniejszy. Już blisko Świdnicy, mimo że jechałem drogami bocznymi, samochody jeździły jak wściekłe. Ludzie pewnie chcieli przy dniu wolnym nieco pooddychać świeżym powietrzem. Nie każdy przecież może wybrać się rowerem.

Na odnotowanie zasługuje wyremontowanie kawałka drogi wojewódzkiej między Rybnicą Leśną a Grzmiącą. Tam gdzie kiedyś straszyły ogromne wyrwy, teraz jest ładniutki asfalcik. Szkoda że do Głuszycy już go nie wystarczyło…

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Opoczka-Pieszyce-Przełęcz Jugowska-Sokolec-Ludwikowice Kłodzkie-Nowa Ruda-Tłumaczów-Otovice-Broumov-Hyncice-Starostin-Golińsk-Mieroszów-Unisław Śl-Głuszyca-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.




  • DST 173.70km
  • Czas 07:27
  • VAVG 23.32km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Żar wiosny

Czwartek, 18 kwietnia 2013 · dodano: 18.04.2013 | Komentarze 1

Po niedawnej zimie nie ma już śladu. Dzisiejszy dzień można zaliczyć już nawet nie do wiosny, lecz do lata. Było wręcz upalnie i słonecznie, czego wyraźne ślady noszę na rękach w postaci opalenizny. Dziś także skorzystałem z zaległego urlopu i dzięki temu mogłem wybrać się w dłuższą trasę. Wyjechałem przed dziesiątą. Na wszelki wypadek wziąłem cienką spodnią koszulkę z długim rękawem. Ale po 10 kilometrach już ją zdjąłem, bo skwar był niemiłosierny. Niestety nie było to miłe beztroskie ciepełko, lecz nienaturalny żar, który zalewał ziemię chorobliwym wulkanicznym oddechem. Przy tym niemiłosiernie wiało. Taki wiatr przynosi zmianę pogody. Zresztą od jutra zapowiadane jest ochłodzenie i przelotne opady. Taki to mamy już kraj, jak nie zima do kwietnia, to hulające fronty atmosferyczne. Wiatr wiał potępieńczo. Jednak dziś był dla mnie dość sprawiedliwy. Połowę trasy mi pomagał, połowę szkodził. Jednak nawet gdy dął mi w twarz i chciał urwać głowę, jakoś dobrze mi się z nim walczyło. Forma ewidentnie rośnie. Nie czuję jeszcze w sobie jakiejś mocy, ale też nie przeraża mnie perspektywa jazdy 50 kilometrów pod wiatr.

Utrapieniem dziś był dla mnie za to wzmożony ruch samochodowy. Wiadomo w dzień powszedni więcej tego żelastwa szwenda się po drodze. Nawet nie wybierałem mocno obciążonych dróg, ale jednak pojazdy towarzyszyły mi bez przerwy. Były to osobówki, ale też wielkie samochody ciężarowe oraz mnóstwo ciągników z podwieszonymi różnymi urządzeniami do prac polowych. Wiadomo, trzeba teraz odrabiać zaległości w polu, bo jeszcze niedawno wszystko okrywał śnieg…

Jest niby wiosna. Ciepło, słonecznie. Ale jakoś gdy patrzyłem na łyse jeszcze drzewa, jakoś robiło mi się nieswojo. Zieleń owszem jest na łąkach i w przydrożnych rowach, gdzie obficie wyskoczyła trawa, ale biedne drzewa chyba jeszcze nie powróciły do życia, starszą gołymi gałęziami. Za to wiosna przejawiła się w dużej obfitości żab na drogach. Oddają się miłosnym uniesieniom i giną w ogromnych ilościach roztrzaskane kołami samochodów. Jechałem taka aleją martwych żab. Mijałem truchła slalomem, patrzyłem też na żywe okazy wiedząc o tym, że już za chwilę będzie z nich mokra plama.

Kilka razy przebijałem się przez odcinki kostki. Jak ja tego nie lubię. Żeby to jeszcze była równa… Z reguły jest stara i strasznie wychechłana. Raz nawet pokonując odcinek niezmiernie wyboisty, postanowiłem, że będę sobie wyobrażał, że oto poddaję się zabiegowi jakiegoś miłego wibracyjnego masażu. Po paru sekundach wytężonej pracy wyobraźni, jednak musiałem się poddać. Te wibracje nie miały nic wspólnego z czymś miłym.

Podczas jazdy wypiłem trzy litry soków i jedno Karmi. Za Złotoryją raz stanąłem na dłużej. Jest tam taki parking wśród drzew oraz przydrożna knajpka. Zjadłem w niej szaszłyk i uraczyłem się gorącą kawą, która mnie pokrzepiła i nieco podniosła ciśnienie (ale w tym dobrym znaczeniu). Pod koniec jazdy już te wspominane słodkie soki zaczęły mi wyłazić bokiem. Mimo do połowy pełnego bidonu, stanąłem pod sklepem i łapczywie wypiłem z miejsca pół literka wody gazowanej. Było to już w pobliżu Świdnicy. Tak ta woda mnie ożywiła, że ostatni odcinek do domu pokonałem bez trudu.

Prawdę mówiąc mimo przejechania sporego dystansu oraz walki z wiatrem jakoś nie czuję się specjalnie zmęczony.

Zatem dzisiejsza trasa tak wyglądała: Świdnica-Wiśniowa-Nowice-Pastuchów-Jaroszów-Konary-Księżyce-Luboradz-Jawor-Męcinka-Sichów-Złotoryja-Świerzawa-Wojcieszów-Kaczorów-Marciszów-Bolków-Kłaczyna-Tomkowice-Strzegom-Stanowice-Nowy Jaworów-Witków-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica.