Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 313086.90 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.66 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 106.50km
  • Czas 04:40
  • VAVG 22.82km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie forever

Poniedziałek, 21 maja 2012 · dodano: 21.05.2012 | Komentarze 0

Pogoda póki co dopisuje. Dziś było bezchmurnie i ciepło. Ciągłym mankamentem rowerowych zmagań pozostaje jednak wiatr. Jest on zwiastunem zmiany pogody. Dziś wiało niemiłosiernie. Na jutro zapowiadane są burze i załamanie pogody. No ale może nie będzie mniej niż pięć stopni…

To będzie jutro. Dziś wszakże też był dzień i to jak się rzekło wcale niezgorszy.

Rano wybrałem się do pracy. Tym razem nie śniły mi się złowróżbne koszmary. A więc i jazda była spokojna. Nawet wstało mi się o piątej bez grymaszenia i szukania jeszcze pięciu minutek snu. Wyjechałem wcześnie. W pracy byłem prawie pierwszy. Prawie, bo jeden kolega chyba też dość wcześnie wstaje. A że nie jedzie rowerem, tylko samochodem, ma przede mną pewną przewagę. Moja jazda do pracy to najpierw ok. 3 kilometrów przez miasto (Świdnicę), potem ok. 8 km lekkiego podjazdu, następnie ze 3 kilometry ostrzejszego podjazdu, później ok. 4 kilometry łagodnego zjazdu i płaskiego, wreszcie ok. 4 kilometrów przez Wałbrzych w górę i w dół, a na koniec ostatni kilometr dosyć ostrej ścianki. Podjazd po kostce z nachyleniem powyżej 12 procent. Dziś dystans ten pokonałem dość żwawo, jednak do rekordu zabrakło ok. 3 minut. Tak czy owak, w pracy byłem mocno przed siódmą.

Po ostatniej długiej i płaskiej trasie, dziś pojechałem w góry. Było sporo podjazdów. W połączeniu z dość mocnym przeciwnym wiatrem, całość była raczej trudna. Ale jakoś specjalnie się nie zmęczyłem. Po raz kolejny ugruntowałem się w przekonaniu, że najpiękniejszym podjazdem w mojej okolicy jest wjazd na Przełęcz Jugowską od strony Pieszyc. I nawet wcale nie chodzi o dobry asfalt, lecz o wyjątkowe walory tej drogi. Samochodów było chyba ze trzy na 13 kilometrach podjazdu, poza tym jazda przez zielony las daje wytchnienie dla skołatanych nerwów. Prawdziwy kontakt z naturą. W trakcie podjazdu minąłem fanatyków zjeżdżania na deskorolkach, którzy wjeżdżali na przełęcz samochodem, a potem na swoich pojazdach mknęli w dół. Asfalt dobry, tylko jak czymś takim zahamować? O ile podjazd był czymś miłym, mimo wysiłku podjazdu przecież, o tyle zjazd w stronę Jugowa ciągle wywołuje we mnie fontannę brzydkich słów z powodu koszmarnej jakości nawierzchni. No ale jakoś zjechałem. Potem była kolejna przełęcz, Przełęcz Sokola. Zdobyta wszakże nie w sposób klasyczny, bo atak na nią przypuściłem od środka podjazdu, czyli od Sokolca. No ale zaliczyłem trzy kilometry najtrudniejszego odcinka. Naprawdę trzeba trochę depnąć na pedały. Potem był już właściwie tylko zjazd i łatwe płaskie odcinki do Świdnicy.

W domu zameldowałem się po godzinie 19. Forma zwyżkuje. Ale nie może być inaczej, bo przecież za dwa tygodnie rozpoczyna się ostra jazda na Bałkanach…
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Dziećmorowice-Lubachów (po raz pierwszy)-Bojanice-Pieszyce-Przełęcz Jugowska-Sokolec-Przełęcz Sokola-Walim-Jugowice-Zagórze Śl.-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów (po raz drugi)-Bystrzyca Dolna-Świdnica.




  • DST 212.50km
  • Czas 08:02
  • VAVG 26.45km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

trzy województwa

Sobota, 19 maja 2012 · dodano: 20.05.2012 | Komentarze 0

Miał być wyjazd na sobotę i niedzielę, z noclegiem, jednak ze względu na wyraźne protesty domowników, został on ograniczony tylko do dnia wczorajszego. Trasę przeanalizowałem wcześniej i potem już nie pozostało nic innego jak jej realizacja. Wyjechałem koło godziny dziewiątej. Było nawet ciepło, jednak pod spód założyłem sobie coś z długim rękawem. Słoneczko świeciło ładnie, jednak czasem pojawiał się chłodny wiatr. Po dwunastej zrobiło się już całkiem ciepło, zdjąłem więc bluzę i jechałem już zupełnie „na letnio”.

Kolejny raz w tym roku wybrałem się do Wielkopolski, a konkretnie do Ostrowa Wielkopolskiego. Trasą tą chciałem niejako powetować sobie nieudany ostatni etap „wiosennego kujawiaka”, o którym pisałem w osobnym temacie. Z grubsza chodziło o to, że z powodu choroby jakiś miesiąc temu musiałem zrezygnować z jazdy i zejść z trasy. Miałem wtedy do pokonania odcinek Ostrzeszów-Świdnica. Zatem teraz postanowiłem zaliczyć podobną trasę. Jej przebieg wyglądał tak :Świdnica-Wiry-Sobótka-Jordanów Śl.-Białobrzezie-Strzelin-Oława-Namysłów-Dziadowa Kłoda-Syców-Międzybórz-Odolanów-Ostrów Wlkp. Dystans 212,5 km przebyłem w czasie 8:02 h, co daje średnią 26,4 km/h.

Jechałem zarówno ruchliwymi drogami jak i pięknymi śródleśnymi odcinkami bocznymi. Kłopotliwy był fragment między Strzelinem a Oławą, bo droga jest remontowana i na długich odcinkach udostępniony jest tylko jeden pas ruchu. Jazda odbywa się systemem wahadłowym. Długo się czeka na zielone światło, a jak to się już pojawi to samochody ładują się na grandę, a rowerzystę traktują jak uprzykrzoną muchę.

Miałem też dość niebezpieczny incydent. Na pustej drodze z daleka zobaczyłem, że przede mną osobówka wyprzedza samochód ciężarowy. Była prosta, a manewr ten odbywał się w sporej odległości ode mnie. Obserwowałem wszystko spokojnie, jednak zwiększyłem czujność. Samochody zrównały się i tak jadą! Osobowy jakoś nie przyspiesza, a zachowując bezpieczną odległość od ciężarówki, wali prosto na mnie. Cóż było robić?! Ja hyc na pobocze, a właściwie prawie do rowu. Za kierownicą osobówki siedziała jakaś starucha w kapeluszu. Pogroziłem jej ręką, ale chyba nawet tego nie widziała, skoncentrowana na manewrze wyprzedzania. Nie wiem, czy mnie w ogóle zauważyła. Kto takim bladziom daje prawo jazdy? Mnie się udało, ale może komuś z nas już szczęście nie dopisze…

W Ostrowie spotkała mnie też kolejna niespodzianka. Plan miałem taki, żeby dotrzeć pociągiem do Wrocławia, a tam czekała moja żona. Na dworcu byłem ok. godz. 19 i okazało się, że pociągu do Wrocławia już w tym dniu nie ma. No fakt, mogłem to sprawdzić, ale jakoś przez myśl mi nie przeszło, że pociągu nie będzie.

Jazdę zakończyłem zatem w Przygodzicach (pierwszej miejscowości za Ostrowem w stronę Wrocławia),na stacji Shell. Tu przyjechała po mnie ma połowica…




  • DST 131.80km
  • Czas 05:42
  • VAVG 23.12km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przełęcz Srebrna

Czwartek, 17 maja 2012 · dodano: 17.05.2012 | Komentarze 0

Wydawało mi się, że najgorsze majowe chłody mamy już za sobą. Byłem w błędzie. Dziś chyba nastąpiło ich apogeum. W temperaturze pięciu stopni można jeździć, jednak jeśli weźmie się pod uwagę, że to już piąty miesiąc ( i w dodatku- nie bójmy się tego powiedzieć-jego druga połowa), to wszystko to wydaje się małym koszmarem. Na szczęście prognozy są optymistyczne. Powoli ma wrócić temperatura na odpowiednim (czytaj: majowym) poziomie, a weekend ma być już całkiem miły. Mając nadzieję na spełnienie się tych prognoz, czekam na koniec tygodnia.

Kiedyś coś tam pisałem o czapce. Dziś wcale nie miałem żadnych skrupułów, by ją założyć. Oj, przydała się! Poza tym miałem na sobie cały zimowy rynsztunek, może poza rękawiczkami z długimi palcami. Mimo takiego zabezpieczenia, chłód dał się odczuć. Jego efektem jest mały katarek…

Rano była jazda do pracy. O zimnie, które jej towarzyszyło nie będę już pisał. Po pracy postanowiłem zdobyć ostatnią już w tym sezonie niezaliczoną przełęcz w Górach Sowich, a mianowicie Przełęcz Srebrną. Znajduje się ona już na obrzeżu Gór Sowich, nie jest wysoka, lecz podjazd, choć krótki, jest dość wymagający. Zwłaszcza od strony Budzowa. Ja wjeżdżałem od strony Nowej Rudy. Od tej strony jest znacznie łatwiej.

Jednak całą przyjemność ostrego zjazdu znikła, bo na początku był odcinek asfaltu z ledwo zalepionymi dziurami, po czynności tej niechlujnie wykonanej przez drogowców zostały grube warstwy ni to żwiru, ni piasku, w każdym razie czegoś, na czym łatwo można się poślizgnąć. Na środkowym odcinku zjazdu, w samej Srebrnej Górze, jest kostka, sakramencki pomysł włodarzy tej miejscowości, którzy taką nawierzchnię wyłożyli stosunkowo niedawno, w miejsce kostki całkowicie wybite i zdewastowanej. Nie lepiej to było wylać asfalt?! Na tym zjeździe wyraźnie spadł mój humor (bo wkurzałem się, że ciągle muszę naciskać na klamki) oraz moja średnia prędkość (z powodu wyłuszczonego w poprzednim nawiasie). Ostatnie 40 kilometrów jechałem pod lekki wiaterek. Może mocno nie hamował, ale wyziębiał skutecznie.

Dziś nie czułem aż tak wielkiej świeżości w czasie jazdy. Może powodem było to, że było sporo górek? Mam nadzieję, że w kotle bałkańskim (czyli m. in. W Albanii, do której się wybieram już na dniach), będę bardziej dziarski. Zresztą jazda w tym sezonie jakoś odbywa się z większym niż zazwyczaj mozołem. Pewnie wiek daje o sobie znać, choć tak prawdę mówiąc nie czuję żadnych związanych z nim przykrości.

W trakcie dzisiejszej jazdy przekroczyłem 1000 km w tym miesiącu oraz 4000 km w sezonie. Nie jest źle, ale jednak pamiętam, ż kiedyś było lepiej. I wcale nie chodzi o kilometry, tylko o rześkość ich pochłaniania.

Trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Broumov-Tłumaczów-Nowa Ruda-Wolibórz-Nowa Wieś Kłodzka-Przełęcz Srebrna-Srebrna Góra-Budzów-Bielawa-Pieszyce-Opoczka-Świdnica.




  • DST 134.30km
  • Czas 05:37
  • VAVG 23.91km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

nic specjalnego

Wtorek, 15 maja 2012 · dodano: 15.05.2012 | Komentarze 0

Maj nie rozpieszcza. Obecną aurę można nazwać wczesno marcową. Temperatura oscylowała dziś w granicach dziesięciu stopni, a wrażenie przenikliwego chłodu pogłębiał lodowaty wiatr. Rano jechałem do pracy i z niepokojem obserwowałem gęste chmury. Po pracy, czyli w okolicach godziny piętnastej, spadły może ze trzy krople, lecz potem zaczęło się wypogadzać. Wypogadzać w tym sensie, że wychodziło słońce, jednakże ziąb i wiatr nie ustępował. Na szczęście deszczu nie było. Deszcz w taki zimny dzień byłby gwoździem do trumny. No ale tym razem się udało.

Wczoraj czyściłem rower i byłem przekonany, że dziś mnie zleje, bym znowu musiał pucować swego pupila. Taka to już jest przekora losu. Jednak nic takiego się nie stało. No i dobrze.

W nocy śnił mi się dziwny sen. Wjeżdżałem na rowerze do ciemnego i nieznanego mi tunelu. Z góry kapało, drogi wcale nie było widać. Rano trochę się zaniepokoiłem, bo jak śni się tunel, to nie ma w tym nic dobrego. Wiecie, ja tam nie za bardzo wierzę w takie dyrdymały, ale mały niepokój pozostał. Bo we wszystkich interpretacjach snów tunel oznacza przejście na drugą stronę. Czyli śmierć. Mnie się jednak udało w jednym kawałku dojechać do domu. Może jeszcze trochę pożyję. I pojeżdżę na rowerze.

No ale nie ma co uderzać w cmentarne tony. Trzeba się cieszyć chwilą. Zatem cieszyłem się jazdą, bo czułem dziś jakąś wielką świeżość. Owszem, pod wiatr i pod górkę trzeba było się nieco podmęczyć, ale nie było to coś przykrego. Do domu przyjechałem zupełnie nie zmęczony i praktycznie gotowy do dalszej jazdy. W końcu trzeba będzie się zamachnąć na dłuższy dystans.

Moja dzisiejsza trasa wiodła bokami. Mijałem senne wioski z życiem skoncentrowanym wokół sklepów. Obszczekiwały mnie pieski, drogę przebiegały koty patrząc na mnie swoimi wielkimi pięknymi żółtymi oczkami. Rowerzystów było niewielu. Pewnie dlatego, że moja trasa była jak już wspomniałem bardzo boczna. Nawet przemierzyłem dziewiczy odcinek między Godzieszówkiem, Żelazowem a Kostrzą. Nowy zdrowy asfalt. Postanowiłem z mapą w ręku tropić te dziewicze odcinki i sukcesywnie je zaliczać. Celem jest przejechanie wszystkimi drogami i dróżkami Dolnego Śląska. Jeszcze trochę przede mną.

Dziś przejechałem 134,3 km, czyli dokładnie tyle samo co poprzednim razem. Zupełny zbieg okoliczności. Czas jazdy 5:37 h, czyli średnia była bliska 24 km/h.
Trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Struga-Stare Bogaczowice-Sady Dolne-Roztoka-Godzieszówek-Kostrza-Rogoźnica-Targoszyn-Luboradz-Drogomiłowice-Ujazd Górny-Kostomłoty-Bogdanów-Imbramowice-Siedlimowice-Śmiałowice-Pszenno-Jagodnik-Świdnica.




  • DST 134.30km
  • Czas 05:44
  • VAVG 23.42km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

W niedzielę po pracy

Niedziela, 13 maja 2012 · dodano: 13.05.2012 | Komentarze 0

Weekend zapowiadał się wcale nie rowerowo. Wczoraj rano jak zobaczyłem, co się dzieje na zewnątrz, to nawet mój PSYCHPATYCZNY pęd do jazdy pękł jak banka mydlana. Po południu trochę się przejaśniło, ale ja już nie miałem ochoty na jazdę. Ciągle pamiętam swoją niedawną chorobę, która skosiła mnie na tydzień jak kosa Pani Kostuchy. Nie chciałbym tego przechodzić ponownie. Zresztą miałem inne zajęcia.

Dziś z kolei byłem w pracy. Nawet ja, taki leń i obibok, czasem muszę popracować w dzień wolny od pracy. Dzisiejszą moją harówkę nazwijmy dla niepoznaki „Akcja skaczący kot”. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Akcja się udała, ale zajęła trochę czasu. W domu byłem przed czternastą i szybko podjąłem decyzję o wskoczeniu na rower.

Ludzie! Taka pogoda jak dziś powinna być w maju zakazana w Polsce. Temperatura osiem stopni, wiatr hulający we wszystkie strony. Koszmar. Ubrałem się w zimowe spodnie, założyłem długie rękawiczki, dwie bluzy i swój niezniszczalny pomarańczowy antywiatrowy ( i antydeszczowy) trykocik. Nawet przez chwilę myślałem o założeniu polarowej czapki. No ale w końcu zrezygnowałem, bo trochę głupio by to wyglądało. Później jednak stwierdziłem, że czapka byłaby jednak całkiem pożyteczna.

W trasę wyruszyłem tuż po 14. Od razu zaatakował mnie wiatr, który wysyłał nieprzyjemne podmuchy kąsające jak małe niegrzeczne pieski. Naprawdę to przeszkadzało i kazało mocniej napierać na pedały, by pokonać ten żywioł. Trasa z pozoru wydawała się łatwa, nie było wielkich gór, jednakże sporo było krótkich podjazdów. One to w połączeniu z tym wiatrem skutecznie zabierały siły.

W okolicach Ziębic i Ząbkowic Śl. zaliczyłem nawet parę odcinków dziewiczych tras. Chwilkę dumałem nad tym dlaczego przez 10 lat moich rowerowych eskapad nigdy wcześniej tamtędy nie przejeżdżałem. Chodzi tu o miejscowości Wójcin, Czerńczyce, Sieroszów. Okolica piękna, podjeździki niczego sobie, asfalt nowiutki (przynajmniej na trasie do Ząbkowic). Trzeba będzie częściej tam się wybierać.

W okolicach Dzierżoniowa napotkałem całe kawalkady rowerzystów-turystów, którzy pomykali sobie niespiesznie w dal. Dźwigali sawky i plecaczki i tak jak ja zmagali się z wiatrem. Wymienialiśmy rowerowe pozdrowienia. Niektórzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Może jacyś obcy? Może nie przywykli do pozdrowień ze strony „szoszonów”? No nie wiem. W każdym razie wszyscy grzecznie odpowiadali. I tak trzymać.

Moja trasa raczej omijała duże aglomeracje. Jechałem sobie przez wioski wdychając rustykalne zapachy: skoszonej trawy, kwitnącego rzepaku (zapach ten jest dla mnie jednakże dość obmierzły), obornika… Nawet ten ostatni jakoś nie raził moich nozdrzy. Jak się jeździ w plenerze, trzeba się przyzwyczaić.

W domu byłem po dwudziestej. Zanim dotarłem do domu, w pobliskiej knajpce spożyłem złociste piwko. Oburzeni? Dajcie spokój, to tylko uzupełnienie płynów. Zresztą do domu przemknąłem już chodnikiem….

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Wiry-Jaźwina-Roztocznik-Byszów-Niemcza-Żelowice-Targowica-Henryków-Ziębice-Krzelków-Ząbkowice Śl.-Olbrachice Wielkie (tu bezskutecznie szukałem drogi do Bielawy, okazało się, że mimo zaznaczenia na mapie prowadziła tam dróżka polna, a więc zawróciłem do drogi głównej)-Kluczowa-Dzierżoniów-Pieszyce-Opoczka-Świdnica.




  • DST 115.70km
  • Czas 04:44
  • VAVG 24.44km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

nic specjalnego

Czwartek, 10 maja 2012 · dodano: 10.05.2012 | Komentarze 0

Trasa:
Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Teplice nad Metuji-Mezimesti-Unisław Śl.-Głuszyca-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.
Ścigało mnie chyba przekleństwo z miasta Danzig, bo na tyłku dostałem bolesnego wrzoda. Nic, nic. Takie luźne skojarzenia.




  • DST 122.00km
  • Czas 05:08
  • VAVG 23.77km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie

Wtorek, 8 maja 2012 · dodano: 08.05.2012 | Komentarze 0

Deszcze odeszły, ale pozostał chłód. Zwłaszcza rano, gdy jechałem do pracy, można było się nieźle schłodzić. Ale jazda na rowerze dostarcza ciepła. I ono mi wystarczyło, by pokonać poranną rześkość. Szczególnie że moja wczesna jazda jest raczej pod górę. W ciągu dnia ładnie świeciło słoneczko, lecz temperatura raczej nie była wyższa niż 15 stopni.

Po pracy kolejny raz wybrałem się w Góry Sowie. Tym razem była Przełęcz Woliborska. Warto podkreślić, że sukcesywnie wymienia się na obu stronach przełęczy asfalt. Z tym że robi się to bez jakiejś koncepcji, bo odcinki nowej nawierzchni przeplatają się z odcinkami z asfaltem mocno już starożytnym. No ale jedzie się nieźle. Zwłaszcza zjazd w stronę Bielawy może dostarczyć wielu wrażeń. Podjazd od strony Woliborza nie jest zbyt trudny. Na początku jest niezbyt ostro, w środkowej części robi się jednak dość stromo, by na ostatnich trzech kilometrach znowu się wypłaszczyć. Jedzie się w pięknym tunelu stworzonym przez drzewa. Świeża zieleń działa na mnie kojąco. Mogłem tu więc zrelaksować się i wyciszyć.

Jechałem dziś także przez Czechy. Zawsze mnie zdumiewa, że po czeskiej stronie rowerzystów jest znacznie więcej niż u nas. Jeżdżą i szosowcy, i miłośnicy rowerów górskich, i wreszcie osoby starsze na starych rowerach. Sportowy naród.

Forma ustabilizowała się na średnim poziomie. Pamiętam że kiedyś jeździło mi się jakoś lżej. Może to starość puka do drzwi i każe nieco zwolnić tempa?

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Hyncice-Broumov-Tłumaczów-Nowa Ruda-Wolibórz-Przełęcz Woliborska-Bielawa-Pieszyce-Bojanice-Świdnica.




  • DST 157.30km
  • Czas 06:12
  • VAVG 25.37km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziewicze trasy

Niedziela, 6 maja 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0

Chyba tylko w naszym kraju pogoda raptownie może się tak zmienić. Z temperatury wynoszącej jeszcze niedawno około 30 stopni, dziś pozostało marne 8-9. Ciśnienie skacze jak oszalałe, wiatry gonią raz w tam, raz z powrotem. Osoby chore na serce czują chyba się kiepsko. Ktoś kiedyś powiedział, że najbardziej stałą cechą polskiej pogody jest jej niestałość. I miał rację.

Dziś było zimno, na szczęście mimo potężnych chmur, deszcz jakoś nie chciał padać. Jakby jeszcze on się dziś zdarzył, jazda byłaby czymś koszmarnym. No ale niebo tylko straszyło. Rowerzyści chyba wysłuchali prognoz pogody, bo w większości pozostali w domu. Ja przynajmniej na swojej trasie nie widziałem żadnego (nie licząc rzecz jasna bab jadących do wiejskich sklepów na zakupy).

Jazda moja była znowu nietypowa, bo rozpoczęła się po godzinie 12 w Lesznie. Dotarłem tam samochodem z żoną, która miała w tym mieście pewną rzecz do załatwienia. Dla mnie była to niezłą okazja, by powrócić z tego niegdyś wojewódzkiego miasta do domu. Po drodze udało mi się zaliczyć chyba z 80 km dziewiczych tras. Cały dystans od Leszna do Ścinawy był dla mnie zupełnie nowy. Poza tym przejechałem nowiutką dla siebie trasą na pograniczu powiatów legnickiego i średzkiego. Szczególnie uroczy był odcinek między Górą, a rzeczoną właśnie Ścinawą, bo jechało się przez piękne lasy mieszane, najpierw były brzeziny, potem zaczęła dominować sosna. Ruch samochodowy był znikomy, stan nawierzchni poprawny, a zmysły odbierały tylko przyjemne bodźce: zapach lasu i świergot ptaków żalących się na chłód i wyczekujących słońca.

Nawet nie zasmuciła mnie wielce utrata nowego odtwarzacza mp-3, który gdzieś mi wypadł po drodze. Nie zdążyłem odsłuchać na nim ani jednego utworu. Trzeba będzie kupić nowy. Przed Ścinawą zjadłem smaczny żurek w przyjemnym zajeździe. Tak posilony mogłem przemierzać kolejne kilometry i nieco lepiej znosić chłód.

Do domu dotarłem w niezłej formie po godzinie 19. Ciepły prysznic był czymś rewelacyjnym i przyniósł mi senność. Zatem teraz trzeba już pomyśleć o pościeli.

Dzisiejsza trasa: Leszno-Góra-Jemielno-(tu nieco pobłądziłem, bo pojechałem w kierunku Wołowa)-Ścinawa-Prochowice-Polanka-Ujazd Górny-Udanin-Rusko-(tu musiałem znowu zawrócić, bo okazało się, że nie ma przejazu, choć na mapie był zaznaczony)-Jaroszów-Pastuchów-Czechy-Jaworzyna Śl.-Tomkowa-Świdnica.




  • DST 105.90km
  • Czas 04:29
  • VAVG 23.62km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie forever

Piątek, 4 maja 2012 · dodano: 04.05.2012 | Komentarze 0

Po wczorajszych deszczach i gwałtownych burzach, dziś było znacznie chłodniej, pochmurno, ale bez opadów. Jazdę rozpocząłem przed szóstą rano, bo wtedy właśnie wyruszyłem do pracy. Ubrany byłem na krótko, ale nie zmarzłem. Na drodze były ślady wczorajszych pogodowych szaleństw w postaci kałuż i połamanych gałęzi. W pracy zameldowałem się przed czasem. Jazda przez Wałbrzych, podobnie jak w poniedziałek, była nawet przyjemna, bo ruch był znikomy. Wszyscy albo przynajmniej większość nadal świętuje długi weekend.

Praca przebiegła spokojnie i bez gwałtownych sytuacji. Dlatego też zrelaksowany mogłem punktualnie o piętnastej opuścić swój pokoik. Celem wycieczki były Góry Sowie. Przemierzałem je dosłownie setki razy, ale zawsze odczuwam sporą przyjemność jazdy, gdy tam się zabłąkam. Tak było i tym razem. Nad głową wisiały brzydkie chmury, ale ja jakoś wiedziałem, że nie spotka mnie z ich strony żadna przykra niespodzianka w postaci opadu. I tak też się stało. Nawet długie odcinki kostki na podjeździe i zjeździe z Przełęczy Walimskiej nie były w stanie wyprowadzić mnie z dobrego nastroju. Można się poczuć tam jak na trasie Paryż-Roubaix (tak to się chyba pisz?). Raz tylko szpetnie zakląłem pod nosem, gdy na zjeździe po ostrym wirażu wpadłem prosto na grubą łachę piasku, którą na drodze utworzył pewnie wczorajszy deszcz. Prawie byłaby gleba, bo cienkie oponki nie lubią piaszczystego podłoża. No ale jakoś się wybroniłem.

Nawet wiatr nie chciał przedrzeźniać się ze mną, bo był dziwnie spokojny i ospały. Przed Świdnicą zmieniłem nieco plan jazdy, wydłużając nieznacznie dystans poprzez zatoczenie małego koła, bo godzina była bardzo wczesna, a ja wcale nie zmęczony. W domu byłem przed dziewiętnastą. No i to byłoby na tyle.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Olszyniec-Walim-Przełęcz Walimska-Pieszyce-Dzierżoniów-Kiełczyn-Wiry-Marcinowice-Klecin-Śmiałowice-Pszenno-Jagodnik-Świdnica.




  • DST 150.10km
  • Czas 05:59
  • VAVG 25.09km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do Prudnika

Środa, 2 maja 2012 · dodano: 02.05.2012 | Komentarze 0

Dzisiaj moja praca wyglądała nietypowo, a zatem i jazda na rowerze mogła być ciut odmienna. Czasem robię coś w tzw. terenie, który w przypadku mojej pracy jest dość obszerny, bo obejmuje z grubsza tereny byłych województw wałbrzyskiego i jeleniogórskiego. Zatem dziś coś tam sobie robiłem w Henrykowie. Zacna to wioska i znana. Tutaj ponoć napisano pierwsze zdanie w języku polskim. Brzmiało mniej więcej tak : „Daj ać ja pobruszę, a ty poczuwaj”. Mówi to żona do męża. Oczywiście nie za bardzo wiadomo cóż owo „pobruszę” miało oznaczać. Niektórzy dopatrują się jakichś kontekstów seksulanych. No nie wiem, nie wiem. To tak na marginesie. Henryków warto odwiedzić, bo kompleks cysterski jest naprawdę godny zobaczenia. Ja kiedyś sobie wszystko dokładnie pooglądałem, a więc dziś nie mitrężyłem czasu na turystyczne łazęgostwo.

Do Henrykowa rano dotarłem samochodem, którym przytargałem rower i resztę ekwipunku.

Pracę zakończyłem po godzinie trzynastej, a więc mogłem pomyśleć o jakimś nieco dłuższym wypadzie. Oczywiście nie mogły być to supermaratony, bo czasu jednak aż tak dużo nie było. Szybko skręciłem swoją kolarzówkę, samochód zaparkowałem w zacienionym miejscu i jazda.

Jako cel obrałem sobie Prudnik. Nigdy tam nie byłem, ani jako kolarz, ani jako „cywil”. Zatem rzecz była warta nieco rowerowego potu. A upał był dość krzepki. Cały czas jednak gdzieś na bliskim horyzoncie straszyły chmury deszczowo-burzowe. Były prawie fioletowe i złowrogo otaczały mnie niekiedy ze wszystkich stron. Przejeżdżałem przez miejsca, gdzie niedawno padało, lecz na mnie w ciągu tych kilku godzin jazdy nie spadała ani jedna kropla. Byłem temu bardzo rad. Nie chodzi już nawet o przemoknięcie, bo ciepły deszczyk to nic strasznego, lecz o konieczność czyszczenia roweru po jeździe w dużej wilgoci. No ale dziś mi się udało.

Było sporo dziewiczych tras zarówno w okolicach Nysy jak i na trasie Nysa-Prudnik-Głuchołazy. Na tej ostatniej jechałem drogami krajowymi, bo po minięciu Nysy stwierdziłem, że muszę się streszczać. Samochodów nie było jednak zbyt wiele. Nawet duże ciężarówki mijały mnie ostrożnie i z gracją. Dzięki Panowie kierowcy!

Do Henrykowa dotarłem po ósmej. Już zmierzchało. Rozkręciłem rower, zapakowałem go do samochodu, sam się przebrałem i pojechałem do domu. W Świdnicy nie chciało mi się go z powrotem składać, a więc póki co noc spędzi w samochodzie.

Dzisiejsza trasa: Henryków-Sarby-Strzegów-Biechów-Radzikowice-Nysa-Rudziczka-Prudnik-Głuchołazy-Gierałcice-Kijów-Kałków-Śliwice-Otmuchów-Lipniki-Ziębice-Henryków. Dystans 150,1 km ze średnią 25,1 km/h.