Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 323163.40 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 134.30km
  • Czas 05:44
  • VAVG 23.42km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

W niedzielę po pracy

Niedziela, 13 maja 2012 · dodano: 13.05.2012 | Komentarze 0

Weekend zapowiadał się wcale nie rowerowo. Wczoraj rano jak zobaczyłem, co się dzieje na zewnątrz, to nawet mój PSYCHPATYCZNY pęd do jazdy pękł jak banka mydlana. Po południu trochę się przejaśniło, ale ja już nie miałem ochoty na jazdę. Ciągle pamiętam swoją niedawną chorobę, która skosiła mnie na tydzień jak kosa Pani Kostuchy. Nie chciałbym tego przechodzić ponownie. Zresztą miałem inne zajęcia.

Dziś z kolei byłem w pracy. Nawet ja, taki leń i obibok, czasem muszę popracować w dzień wolny od pracy. Dzisiejszą moją harówkę nazwijmy dla niepoznaki „Akcja skaczący kot”. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Akcja się udała, ale zajęła trochę czasu. W domu byłem przed czternastą i szybko podjąłem decyzję o wskoczeniu na rower.

Ludzie! Taka pogoda jak dziś powinna być w maju zakazana w Polsce. Temperatura osiem stopni, wiatr hulający we wszystkie strony. Koszmar. Ubrałem się w zimowe spodnie, założyłem długie rękawiczki, dwie bluzy i swój niezniszczalny pomarańczowy antywiatrowy ( i antydeszczowy) trykocik. Nawet przez chwilę myślałem o założeniu polarowej czapki. No ale w końcu zrezygnowałem, bo trochę głupio by to wyglądało. Później jednak stwierdziłem, że czapka byłaby jednak całkiem pożyteczna.

W trasę wyruszyłem tuż po 14. Od razu zaatakował mnie wiatr, który wysyłał nieprzyjemne podmuchy kąsające jak małe niegrzeczne pieski. Naprawdę to przeszkadzało i kazało mocniej napierać na pedały, by pokonać ten żywioł. Trasa z pozoru wydawała się łatwa, nie było wielkich gór, jednakże sporo było krótkich podjazdów. One to w połączeniu z tym wiatrem skutecznie zabierały siły.

W okolicach Ziębic i Ząbkowic Śl. zaliczyłem nawet parę odcinków dziewiczych tras. Chwilkę dumałem nad tym dlaczego przez 10 lat moich rowerowych eskapad nigdy wcześniej tamtędy nie przejeżdżałem. Chodzi tu o miejscowości Wójcin, Czerńczyce, Sieroszów. Okolica piękna, podjeździki niczego sobie, asfalt nowiutki (przynajmniej na trasie do Ząbkowic). Trzeba będzie częściej tam się wybierać.

W okolicach Dzierżoniowa napotkałem całe kawalkady rowerzystów-turystów, którzy pomykali sobie niespiesznie w dal. Dźwigali sawky i plecaczki i tak jak ja zmagali się z wiatrem. Wymienialiśmy rowerowe pozdrowienia. Niektórzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Może jacyś obcy? Może nie przywykli do pozdrowień ze strony „szoszonów”? No nie wiem. W każdym razie wszyscy grzecznie odpowiadali. I tak trzymać.

Moja trasa raczej omijała duże aglomeracje. Jechałem sobie przez wioski wdychając rustykalne zapachy: skoszonej trawy, kwitnącego rzepaku (zapach ten jest dla mnie jednakże dość obmierzły), obornika… Nawet ten ostatni jakoś nie raził moich nozdrzy. Jak się jeździ w plenerze, trzeba się przyzwyczaić.

W domu byłem po dwudziestej. Zanim dotarłem do domu, w pobliskiej knajpce spożyłem złociste piwko. Oburzeni? Dajcie spokój, to tylko uzupełnienie płynów. Zresztą do domu przemknąłem już chodnikiem….

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Wiry-Jaźwina-Roztocznik-Byszów-Niemcza-Żelowice-Targowica-Henryków-Ziębice-Krzelków-Ząbkowice Śl.-Olbrachice Wielkie (tu bezskutecznie szukałem drogi do Bielawy, okazało się, że mimo zaznaczenia na mapie prowadziła tam dróżka polna, a więc zawróciłem do drogi głównej)-Kluczowa-Dzierżoniów-Pieszyce-Opoczka-Świdnica.




  • DST 115.70km
  • Czas 04:44
  • VAVG 24.44km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

nic specjalnego

Czwartek, 10 maja 2012 · dodano: 10.05.2012 | Komentarze 0

Trasa:
Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Teplice nad Metuji-Mezimesti-Unisław Śl.-Głuszyca-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.
Ścigało mnie chyba przekleństwo z miasta Danzig, bo na tyłku dostałem bolesnego wrzoda. Nic, nic. Takie luźne skojarzenia.




  • DST 122.00km
  • Czas 05:08
  • VAVG 23.77km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie

Wtorek, 8 maja 2012 · dodano: 08.05.2012 | Komentarze 0

Deszcze odeszły, ale pozostał chłód. Zwłaszcza rano, gdy jechałem do pracy, można było się nieźle schłodzić. Ale jazda na rowerze dostarcza ciepła. I ono mi wystarczyło, by pokonać poranną rześkość. Szczególnie że moja wczesna jazda jest raczej pod górę. W ciągu dnia ładnie świeciło słoneczko, lecz temperatura raczej nie była wyższa niż 15 stopni.

Po pracy kolejny raz wybrałem się w Góry Sowie. Tym razem była Przełęcz Woliborska. Warto podkreślić, że sukcesywnie wymienia się na obu stronach przełęczy asfalt. Z tym że robi się to bez jakiejś koncepcji, bo odcinki nowej nawierzchni przeplatają się z odcinkami z asfaltem mocno już starożytnym. No ale jedzie się nieźle. Zwłaszcza zjazd w stronę Bielawy może dostarczyć wielu wrażeń. Podjazd od strony Woliborza nie jest zbyt trudny. Na początku jest niezbyt ostro, w środkowej części robi się jednak dość stromo, by na ostatnich trzech kilometrach znowu się wypłaszczyć. Jedzie się w pięknym tunelu stworzonym przez drzewa. Świeża zieleń działa na mnie kojąco. Mogłem tu więc zrelaksować się i wyciszyć.

Jechałem dziś także przez Czechy. Zawsze mnie zdumiewa, że po czeskiej stronie rowerzystów jest znacznie więcej niż u nas. Jeżdżą i szosowcy, i miłośnicy rowerów górskich, i wreszcie osoby starsze na starych rowerach. Sportowy naród.

Forma ustabilizowała się na średnim poziomie. Pamiętam że kiedyś jeździło mi się jakoś lżej. Może to starość puka do drzwi i każe nieco zwolnić tempa?

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Hyncice-Broumov-Tłumaczów-Nowa Ruda-Wolibórz-Przełęcz Woliborska-Bielawa-Pieszyce-Bojanice-Świdnica.




  • DST 157.30km
  • Czas 06:12
  • VAVG 25.37km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Dziewicze trasy

Niedziela, 6 maja 2012 · dodano: 06.05.2012 | Komentarze 0

Chyba tylko w naszym kraju pogoda raptownie może się tak zmienić. Z temperatury wynoszącej jeszcze niedawno około 30 stopni, dziś pozostało marne 8-9. Ciśnienie skacze jak oszalałe, wiatry gonią raz w tam, raz z powrotem. Osoby chore na serce czują chyba się kiepsko. Ktoś kiedyś powiedział, że najbardziej stałą cechą polskiej pogody jest jej niestałość. I miał rację.

Dziś było zimno, na szczęście mimo potężnych chmur, deszcz jakoś nie chciał padać. Jakby jeszcze on się dziś zdarzył, jazda byłaby czymś koszmarnym. No ale niebo tylko straszyło. Rowerzyści chyba wysłuchali prognoz pogody, bo w większości pozostali w domu. Ja przynajmniej na swojej trasie nie widziałem żadnego (nie licząc rzecz jasna bab jadących do wiejskich sklepów na zakupy).

Jazda moja była znowu nietypowa, bo rozpoczęła się po godzinie 12 w Lesznie. Dotarłem tam samochodem z żoną, która miała w tym mieście pewną rzecz do załatwienia. Dla mnie była to niezłą okazja, by powrócić z tego niegdyś wojewódzkiego miasta do domu. Po drodze udało mi się zaliczyć chyba z 80 km dziewiczych tras. Cały dystans od Leszna do Ścinawy był dla mnie zupełnie nowy. Poza tym przejechałem nowiutką dla siebie trasą na pograniczu powiatów legnickiego i średzkiego. Szczególnie uroczy był odcinek między Górą, a rzeczoną właśnie Ścinawą, bo jechało się przez piękne lasy mieszane, najpierw były brzeziny, potem zaczęła dominować sosna. Ruch samochodowy był znikomy, stan nawierzchni poprawny, a zmysły odbierały tylko przyjemne bodźce: zapach lasu i świergot ptaków żalących się na chłód i wyczekujących słońca.

Nawet nie zasmuciła mnie wielce utrata nowego odtwarzacza mp-3, który gdzieś mi wypadł po drodze. Nie zdążyłem odsłuchać na nim ani jednego utworu. Trzeba będzie kupić nowy. Przed Ścinawą zjadłem smaczny żurek w przyjemnym zajeździe. Tak posilony mogłem przemierzać kolejne kilometry i nieco lepiej znosić chłód.

Do domu dotarłem w niezłej formie po godzinie 19. Ciepły prysznic był czymś rewelacyjnym i przyniósł mi senność. Zatem teraz trzeba już pomyśleć o pościeli.

Dzisiejsza trasa: Leszno-Góra-Jemielno-(tu nieco pobłądziłem, bo pojechałem w kierunku Wołowa)-Ścinawa-Prochowice-Polanka-Ujazd Górny-Udanin-Rusko-(tu musiałem znowu zawrócić, bo okazało się, że nie ma przejazu, choć na mapie był zaznaczony)-Jaroszów-Pastuchów-Czechy-Jaworzyna Śl.-Tomkowa-Świdnica.




  • DST 105.90km
  • Czas 04:29
  • VAVG 23.62km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Sowie forever

Piątek, 4 maja 2012 · dodano: 04.05.2012 | Komentarze 0

Po wczorajszych deszczach i gwałtownych burzach, dziś było znacznie chłodniej, pochmurno, ale bez opadów. Jazdę rozpocząłem przed szóstą rano, bo wtedy właśnie wyruszyłem do pracy. Ubrany byłem na krótko, ale nie zmarzłem. Na drodze były ślady wczorajszych pogodowych szaleństw w postaci kałuż i połamanych gałęzi. W pracy zameldowałem się przed czasem. Jazda przez Wałbrzych, podobnie jak w poniedziałek, była nawet przyjemna, bo ruch był znikomy. Wszyscy albo przynajmniej większość nadal świętuje długi weekend.

Praca przebiegła spokojnie i bez gwałtownych sytuacji. Dlatego też zrelaksowany mogłem punktualnie o piętnastej opuścić swój pokoik. Celem wycieczki były Góry Sowie. Przemierzałem je dosłownie setki razy, ale zawsze odczuwam sporą przyjemność jazdy, gdy tam się zabłąkam. Tak było i tym razem. Nad głową wisiały brzydkie chmury, ale ja jakoś wiedziałem, że nie spotka mnie z ich strony żadna przykra niespodzianka w postaci opadu. I tak też się stało. Nawet długie odcinki kostki na podjeździe i zjeździe z Przełęczy Walimskiej nie były w stanie wyprowadzić mnie z dobrego nastroju. Można się poczuć tam jak na trasie Paryż-Roubaix (tak to się chyba pisz?). Raz tylko szpetnie zakląłem pod nosem, gdy na zjeździe po ostrym wirażu wpadłem prosto na grubą łachę piasku, którą na drodze utworzył pewnie wczorajszy deszcz. Prawie byłaby gleba, bo cienkie oponki nie lubią piaszczystego podłoża. No ale jakoś się wybroniłem.

Nawet wiatr nie chciał przedrzeźniać się ze mną, bo był dziwnie spokojny i ospały. Przed Świdnicą zmieniłem nieco plan jazdy, wydłużając nieznacznie dystans poprzez zatoczenie małego koła, bo godzina była bardzo wczesna, a ja wcale nie zmęczony. W domu byłem przed dziewiętnastą. No i to byłoby na tyle.

Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Olszyniec-Walim-Przełęcz Walimska-Pieszyce-Dzierżoniów-Kiełczyn-Wiry-Marcinowice-Klecin-Śmiałowice-Pszenno-Jagodnik-Świdnica.




  • DST 150.10km
  • Czas 05:59
  • VAVG 25.09km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do Prudnika

Środa, 2 maja 2012 · dodano: 02.05.2012 | Komentarze 0

Dzisiaj moja praca wyglądała nietypowo, a zatem i jazda na rowerze mogła być ciut odmienna. Czasem robię coś w tzw. terenie, który w przypadku mojej pracy jest dość obszerny, bo obejmuje z grubsza tereny byłych województw wałbrzyskiego i jeleniogórskiego. Zatem dziś coś tam sobie robiłem w Henrykowie. Zacna to wioska i znana. Tutaj ponoć napisano pierwsze zdanie w języku polskim. Brzmiało mniej więcej tak : „Daj ać ja pobruszę, a ty poczuwaj”. Mówi to żona do męża. Oczywiście nie za bardzo wiadomo cóż owo „pobruszę” miało oznaczać. Niektórzy dopatrują się jakichś kontekstów seksulanych. No nie wiem, nie wiem. To tak na marginesie. Henryków warto odwiedzić, bo kompleks cysterski jest naprawdę godny zobaczenia. Ja kiedyś sobie wszystko dokładnie pooglądałem, a więc dziś nie mitrężyłem czasu na turystyczne łazęgostwo.

Do Henrykowa rano dotarłem samochodem, którym przytargałem rower i resztę ekwipunku.

Pracę zakończyłem po godzinie trzynastej, a więc mogłem pomyśleć o jakimś nieco dłuższym wypadzie. Oczywiście nie mogły być to supermaratony, bo czasu jednak aż tak dużo nie było. Szybko skręciłem swoją kolarzówkę, samochód zaparkowałem w zacienionym miejscu i jazda.

Jako cel obrałem sobie Prudnik. Nigdy tam nie byłem, ani jako kolarz, ani jako „cywil”. Zatem rzecz była warta nieco rowerowego potu. A upał był dość krzepki. Cały czas jednak gdzieś na bliskim horyzoncie straszyły chmury deszczowo-burzowe. Były prawie fioletowe i złowrogo otaczały mnie niekiedy ze wszystkich stron. Przejeżdżałem przez miejsca, gdzie niedawno padało, lecz na mnie w ciągu tych kilku godzin jazdy nie spadała ani jedna kropla. Byłem temu bardzo rad. Nie chodzi już nawet o przemoknięcie, bo ciepły deszczyk to nic strasznego, lecz o konieczność czyszczenia roweru po jeździe w dużej wilgoci. No ale dziś mi się udało.

Było sporo dziewiczych tras zarówno w okolicach Nysy jak i na trasie Nysa-Prudnik-Głuchołazy. Na tej ostatniej jechałem drogami krajowymi, bo po minięciu Nysy stwierdziłem, że muszę się streszczać. Samochodów nie było jednak zbyt wiele. Nawet duże ciężarówki mijały mnie ostrożnie i z gracją. Dzięki Panowie kierowcy!

Do Henrykowa dotarłem po ósmej. Już zmierzchało. Rozkręciłem rower, zapakowałem go do samochodu, sam się przebrałem i pojechałem do domu. W Świdnicy nie chciało mi się go z powrotem składać, a więc póki co noc spędzi w samochodzie.

Dzisiejsza trasa: Henryków-Sarby-Strzegów-Biechów-Radzikowice-Nysa-Rudziczka-Prudnik-Głuchołazy-Gierałcice-Kijów-Kałków-Śliwice-Otmuchów-Lipniki-Ziębice-Henryków. Dystans 150,1 km ze średnią 25,1 km/h.




  • DST 127.00km
  • Czas 05:08
  • VAVG 24.74km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Boczne trasy

Poniedziałek, 30 kwietnia 2012 · dodano: 30.04.2012 | Komentarze 0

Choroba odeszła. Dziś czułem się nieźle. Nawet na podjazdach mogłem czuć przyjemność jazdy. Pogoda też była idealna. Bez prażenia, ale cieplutko. No i praktycznie bezwietrznie. Warunki wymarzone. Szkoda że zapowiadają jakieś burze i deszcze. No ale może przejdą bokiem.

Rano była jazda do pracy. Było przyjemnie. Upału co prawda nie uświadczyłem (wszakże była godzina przed szóstą, gdy wyruszałem), ale krótki kostium zupełnie wystarczył. Nawet poranny ruch już w Wałbrzychu był jakby mniejszy. Zwykle na trasie mojego przejazdu jest sporo samochodów. Dziś było inaczej. Może ludzie zaczęli już majówkę. Ja pracuję w ten weekend normalnie (tzn. idę do pracy w dni robocze), a wolne dni poświęcam zaniedbywanej ostatnio rodzinie. Jazda kroi się zatem w środę, piątek i może w niedzielę. I tak nieźle…

Dzisiejsza trasa wiodła drogami mocno bocznymi. Jakoś nie przepadam za spalinami i hałasem. Przez te parę dni ładnej pogody wszystko strzeliło w szaleńczym rozkwicie. Szczególnie pięknie prezentują się żółte pola rzepaku. Poza tym zieleń, zieleń, zieleń. No i nadzwyczajna obfitość owadów, które gęsto przewalały się w powietrzu. Odniosłem nawet wrażenie, że chyba wiele z nich wyznaczyło sobie spotkanie w moich ustach. By do tego nie dopuścić, plułem nimi na prawo i lewo. Dzięki temu chyba żaden insekt przeze mnie nie stracił życia…

A więc trasa miała taki oto przebieg: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Szczawno Zdrój-Stare Bogaczowice-Dobromierz-Jawor-Luboradz-Drogomiłowice-Wichrów-Osiek (tu był odcinek nad wyraz samochodowy)-Bogdanów-Imbramowice-Śmiałowice-Pszenno-Jagodnik-Świdnica. Dystans 127,0 km ze średnią 24,7 km/h.




  • DST 136.00km
  • Czas 05:48
  • VAVG 23.45km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

lato?

Sobota, 28 kwietnia 2012 · dodano: 28.04.2012 | Komentarze 0

Ubiegły tydzień miałem wyjęty z kalendarza. Pod względem rowerowym i ogólnym. Męczyła mnie paskudna choroba, której nabawiłem się podczas zeszłotygodniowej ekspedycji na Kujawy. Nie pamiętam, abym kiedyś tak się zaprawił.
Choroba powoli ustępuje. Już nie mam gorączki, a co za tym idzie mogę w miarę normalnie jeść. A głodny na rowerze nie pokręci. Jestem jednak osłabiony. Swój stan oceniam na 70-80 % możliwości.
Oceniając tak swój stan, ale co ważniejsze patrząc na piękną pogodę, nie usiedziałem w domu. Już rano było ciepło. Można nawet powiedzieć, że gorąco. Coś jakby pierwszy dzień lata. Nie była to jednak ciepłota miła i spokojna, lecz raczej jakaś „nerwowa” i nienaturalna. Przy tym paskudnie wiało. Ze względu na wysoką temperaturę, która w słońcu pewnie przekraczała 30 stopni, mogłem założyć całkiem letni już kostium. Ale i tak w nim było mi gorąco. Najchętniej zrzuciłbym koszulkę, jak czynili to liczni rowerzyści i „cywile”, lecz nie chciałem epatować swoją pięciokilogramową nadwagą. Tusza powoli znika. Jest to efekt rowerowych wycieczek oraz zaniechania spożywania przeze mnie piwa. Za miesiąc wyruszam na południe Europy i nie chcę straszyć tubylców fałdami. Może się uda… Tak więc pod koszulką pociłem się srodze, bo pewnie w ten sposób uciekały ze mnie jeszcze ostatnie elementy choroby. Odkryte natomiast miejsca powoli przybrały ciemniejszą barwę, bo słońce operowało mocno, a skóra łapała szybko to promieniowanie. Tak więc teraz jestem w ciapki. Opalenizna trochę piecze, ale można wytrzymać. Na drodze całe pielgrzymki rowerzystów. Sporo widziałem też samochodów z obcymi rejestracjami, a więc chyba majówka już się rozpoczęła.
Pojeździłem po okolicy, zawitałem też do Czech. Głównym punktem jazdy były jednak Góry Sowie i wjazd na Przełęcz Jugowską. Na podjeździe dało mi się odczuć osłabienie. Jechałem wolniej niż zwykle, ale za to mogłem podziwiać wiosnę w górach. Dużo drzew już okryło się świeżą zielenią. Kolor ten jakoś mocno mnie radował. Na samej przełęczy miałem coś sobie zjeść, lecz niestety ze smutkiem odkryłem, że z drewnianej restauracyjki, w której parę razy w zeszłych latach coś przekąszałem i popijałem, pozostały zgliszcza. Spaliła się. Albo spaliła ją konkurencja, co bardziej prawdopodobne. Tak więc mój żołądek pozostał pusty, lecz przede mną był zjazd aż do Nowej Rudy… Cały czas liczę, że w końcu zrobią dobry asfalt na tym zjeździe. Przynajmniej taki jaki jest od strony Pieszyc. Póki co należało hamować i lawirować między wielkimi dziurami, by nie zniszczyć sobie roweru.
Na trasie można było zobaczyć sielskie letnie już widoczki: dzieci i dorosłych kąpiących się w rzeczkach, osobniczki płci pięknej w skąpym odzieniu, uśmiechy na twarzach. Ciekawe jak długo potrwa to „lato”. Ja jestem za tym, jakoś tak do czerwca…
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Wiry-Kiełczyn-Dzierżoniów-Pieszyce-Przełęcz Jugowska-Sokolec-Nowa Ruda-Tłumaczów-Broumov-Mieroszów-Unisław Śl.-Grzmiąca-Głuszyca-Jugowice-Lubachów-Świdnica.




  • DST 63.50km
  • Czas 03:02
  • VAVG 20.93km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiosenny kujawiak cz.3

Niedziela, 22 kwietnia 2012 · dodano: 23.04.2012 | Komentarze 0

Jakoś nikt nie chciał ruszyć ze mną w rowerowe tany. Zatem do wiosennego kujawiaka przystąpiłem sam. Na wstępie napiszę, że wyprawa tylko częściowo się udała, a więc wszyscy, którzy chcieliby mi towarzyszyć, mogą mówić o sporym farcie.
Do wyprawy dołączyłem także jazdę piątkową, bo doprowadziła mnie ona do wrocławskiego dworca kolejowego, jest to w takich okolicznościach w pełni uzasadnione. Biorąc to pod uwagę wycieczka liczyła trzy dni jazdy.
Jej początek przypadł w piątek tuż przed szóstą rano. Wieczorem poprzedniego dnia jeszcze spakowałem skromny dobytek do plecaka i skoro świt wyruszyłem do pracy. Praca jak praca. Cytując, ale trawestując jednocześnie cytat ze starego i dobrego polskiego filmu: „nuda, nuda, nuda”. Ale dzielnie wytrwałem do godziny piętnastej, która oznaczała moje uwolnienie. Do Wrocławia tą trasą, którą wybrałem, było nieco ponad sto kilometrów. Cały dzień straszyło deszczem i burzą, ale gdy wyruszałem nawet się mocno przejaśniło. Jechałem trasą ze znikomym natężeniem ruchu, dopiero w samym Wrocławiu zaczął się slalom gigant między samochodami. Jakieś 15 kilometrów przed celem za miejscowością Żórawina dopadła mnie jednak gwałtowna burza. Zlało mnie do suchej nitki i to jak się potem okazało miało decydujący wpływ na małe fiasko całej ekspedycji. Najgorzej było ze stopami, bo w butach dosłownie chlupotała woda. Gdy dotarłem na dworzec cała ta ulewa przeszła. Było koło godz. 20, a do odjazdu mojego pociągu pozostały trzy i pół godziny. Spędziłem je w prowizorycznej knajpce na prowizorycznym dworcu, bo prawdziwy jest ciągle remontowany. Ciekawe czy zdążą na Euro? Jakoś się nie zanosi. Wypiłem herbatkę, czekoladkę, coś przekąsiłem. Powoli obsychałem. Obserwowałem życie dworcowe. Raczej nic godnego zobaczenia. Oprócz normalnych ludzi, którzy mieli zamiar gdzieś pojechać, pełno było najróżniejszych mętów, robiących pokątne interesy czy żebrzących o parę groszy niby na bilet. Po jakimś czasie zobaczyłem, że na dworcu kręci się sporo młodych osiłków w zielonych strojach. O mój Boże, to byli kibole Śląska Wrocław! Gorączkowo sprawdziłem w Internecie swoim telefonie i okazało się, że cała ta ludzka menażeria jedzie „moim” pociągiem. Bo w niedzielę miał być mecz Śląska z Lechią Gdańsk, a pociąg, którym zamierzałem podróżować jechał do Gdyni. Czemu tylko jechali już z piątku na sobotę? Biegali jak w amoku, targali wielkie zgrzewki piwa, darli się na całe gardło. Koszmar. Wreszcie wybiła godzina wyjazdu. Jakoś znalazłem miejsce dla roweru i dla siebie. Próbowałem usnąć, ale jechałem otwartym wagonem, a moje towarzystwo jakoś nie chciało zmrużyć ocząt. Co więcej wyciągnęli flaszki i zaczęli popijać. Pociąg co jakiś czas stawał dłużej na przystankach, bo kiboli musiała uspokajać policja. Na szczęście byli oni gdzieś na przedzie i słychać było tylko przytłumione śpiewy, ale czasem też było widać na peronie zwarte oddziały mundurowców, którzy szykowali się do akcji. Moi towarzysze podróży pootwierali wszystkie okna, bo widocznie grzała ich okowita. Mnie wiatr hulał po przemoczonym ciele. I to był mój gwóźdź do trumny, ale o tym przekonałem się dopiero w niedzielę. W czasie jazdy spałem może ze dwie godziny, ale nie był to zdrowy sen, lecz czujna drzemka. Wreszcie dotarłem do Inowrocławia. Pociąg się nieco opóźnił, ale mnie to nie przeszkadzało, bo i tak musiałem czekać do świtu. W Inowrocławiu mżyło. Naprawdę nie chciało mi się wsiadać na rower. No ale stałe się mały cud. Około 06:30 zaczęło się przejaśniać. No i w drogę! Mimo wczesnej pory w Inowrocławiu panował spory ruch. Zwłaszcza dużo było ciężarówek. Szybko znalazłem swój kierunek i dwupasmówką ruszyłem w kierunku Kruszwicy. Wypogodziło się całkowicie. Nawet zrobiło się ciepło. Prawie całkiem już wyschłem i jechało mi się miło. Kujawy przywitały mnie drogami płaskimi jak tafla lotniska. Sprawdzałem wcześniej także wiatr. Miał być niekorzystny, wiejący na północ. Trochę to zbagatelizowałem. Wiatr nie był mocny, ale przy dość dużym dystansie po jakimś czasie dał się odczuć. Szybko dotarłem do Kruszwicy, obejrzałem Mysią Wieżę, miejsce rzekomej agonii złego Popiela. Oczywiście wieża jest zrekonstruowana, bo tak naprawdę nie wiadomo dokładnie gdzie była. Nie wiadomo dokładnie też czy Popiel tak naprawdę istniał. No ale mniejsza z tym. Tak czy owak patrzyłem na wieżę i na Jezioro Gopło, które leży u jej stóp, z szacunkiem, bo tu była kolebka państwa polskiego. A taki już ze mnie patriota…
Potem już pomknąłem dalej. Wybrałem trasę mocno drugorzędną, bo jakoś nie miałem zamiaru walczyć z samochodami. Dlatego też co jakiś czas musiałem spoglądać na mapę. Mijałem kolejne wioski leżące wśród zielonych już łąk, niekiedy przystawałem, by coś zjeść. Mało było dróg wiodących przez lasy. To lubię najbardziej. Przed 60 kilometrem, mimo mocnej kawy wypitej jeszcze na stacji paliw w Inowrocławiu, ściął mnie sen. Zjadłem dwie bułki i drzemałem sobie na przystanku. Było cieplutko i błogo. Wcześniej pożegnałem województwo kujawsko-pomorskie i wkroczyłem do Wielkopolski. Niestety wdarłem się tam boczną drogą i nie było stosownej tabliczki (albo „jakiś obuz zdjon”). Jestem wielkim miłośnikiem tabliczek informujących o różnych rzeczach na trasie i taki fakt napełnił mnie prawdziwym smutkiem. Nawet przez chwilę rozważałem zmianę trasy, by dotrzeć do granicy województw na drodze ciut ważniejszej, ale w końcu dałem spokój. Na swej drodze zaliczyłem dwie większe miejscowości: Konin i Kalisz. Nie są to wszak wielkie miasta, ale współczuję rowerzystom, którzy tam mieszkają. Koszmary ruch. Szczególnie Konin wspominam ze wstrętem. Przez sporo kilometrów waliłem dwupasmówką, by wreszcie z ulgą zjechać na bok. Przeciąłem też autostradę A-2. Wygląda przyzwoicie. Pogoda utrzymywała się na przyzwoitym poziomie, za wyjątkiem może półgodzinnej ulewy. Ja twardo jechałem dalej i znowu przemoczyło mnie dość dokładnie. Za Kaliszem zjadłem coś na kształt obiadu. I zacząłem się lekko niepokoić. Na liczniku było 160 km jazdy po płaskim terenie (co prawda z przeciwnym wiatrem, ale nie jakąś wichurą), a mnie zaczęły opuszczać siły. Z początku myślałem, że to jednak ten wiatr, ale nie mogłem przekonać sam siebie, bo znam dobrze swój organizm i jego możliwości. Ze sporym mozołem doczłapałem do „miasta etapowego”, czyli do Ostrzeszowa. Tu miałem wynajęty hotel. Coś Julita jakoś tam. Warunki kiepskie, ale miła obsługa. Usnąłem błyskawicznie. W nocy obudziłem się zlany potem i trawiony gorączką Mięśnie bolały mnie jak diabli. Wyszło piątkowe przemoknięcie, trzy godziny na dworcu we Wrocławiu i otwarte okno w wagonie... Rano mało co przełknąłem i wyruszyłem do ostatniego etapu. Już po paru kilometrach wiedziałem, że nie dam rady. Jechałem już siła ambicji, ale odrzucałem daleko myśl o rezygnacji z jazdy. Prędkość nie przekraczała 20 km/h. Każda góra, której normalnie bym nie zauważył, była niezwykłym wyzwaniem. Dotarłem do województwa dolnośląskiego, minąłem Syców. Po paru kilometrach postanowiłem jednak zrezygnować. Byłem wypompowany z sił, miotały mną dreszcze, a przed oczami fruwały mroczki. Może jechałem zygzakiem? Było mi bardzo przykro. Może wyszły też wcześniejsze przemoknięcia, których w tym roku przydarzyło mi się sporo? Fakt jest faktem. Nie dałem rady. Zatem trzeb a będzie to powtórzyć, może na innej ciut dłuższej trasie. Jazdę zakończyłem na dworcu w Bierutowie. Potem jeszcze przejechałem 10 kilometrów z Jaworzyny Śl. do domu.
Teraz też męczy mnie choróbsko, mimo że nie macham nogami i siedzę w ciepłym pokoiku przed ekranem komputera. Cóż, trzeba się kurować, bo jak zdrowia nie będzie, to niczego nie będzie.
Oto dane kolejnych etapów:
1) 20.04.2012 – Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Lubachów-Lutomia Dolna-Mościsko-Przełęcz Tąpadła-Jordanów Śl.-Węgry-Żórawina-Wrocław, dystans 128,2 km ze średnią 25,3 km/h,
2) 21.04.2012 – Inowrocław-Kruszwica-Jeziora Wielkie-Wilczogóra-Kleczew-Konin-Modłą Królewska-Gadowskie Holendry-Mycielin-Goliszew-Tykadłów-Kalisz-Sławin-Grabów nad Prosną-Myje-Ostrzeszów, dystans 200,3 km ze średnią 23,0 km/h, by przekroczyć dwie paczki, trochę pokręciłem się po Ostrzeszowie,
3) 22.04.2012 – Ostrzeszów-Kobyla Góra-Syców-Dziadowa Kłoda-Bierutów i potem Jaworzyna Śl.-Świdnica, dystans 63,5 km ze średnią 20,9 km/h; trasę Bierutów-Wrocław-Jaworzyna Śl. przebyłem pociągiem.




  • DST 200.30km
  • Czas 08:42
  • VAVG 23.02km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiosenny kujawiak cz.2

Sobota, 21 kwietnia 2012 · dodano: 23.04.2012 | Komentarze 0

Opis przy cz.3