Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 323163.40 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 128.20km
  • Czas 05:03
  • VAVG 25.39km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiosenny kujawiak cz.1

Piątek, 20 kwietnia 2012 · dodano: 23.04.2012 | Komentarze 0

Opis przy cz. 3




  • DST 106.90km
  • Czas 04:26
  • VAVG 24.11km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

nic specjalnego

Wtorek, 17 kwietnia 2012 · dodano: 17.04.2012 | Komentarze 0

Po jubileuszach przyszła pora na kolejne zwykłe jazdy. Weekend był niestety zupełnie bez rowerowych akcentów, bo w sobotę miałem wyjazd na drugi koniec Polski, a niedziela była tak paskudna (deszcz i przenikliwe zimno), że nawet PSYCHOPACI rowerowi w większości pozostali w domu. Ja też dość miałem moknięcia i rower pozostał bezczynny. Wczoraj też jeszcze u mnie padało, lecz pod wieczór na szczęście się wypogodziło.
Zatem rano mogłem ruszyć do pracy. Wyjechałem o godz. 5:50. Było już całkiem jasno. Na drodze widać było kałuże i strużki wody cieknące wzdłuż i w poprzek. Jednak były one tylko gdzieniegdzie. Było chłodno jak w zimowy poranek. Ubrałem się raczej ciepło (czapka, rękawice, bluza), lecz nie uchroniło mnie to przed zmarznięciem. Już w okolicach Wałbrzycha spotkać można było na drodze także lodowe wysepki. Jechałem dość żwawo i to dodawało mi ciepła. Niestety stopy powoli przemarzały. No ale jakoś dotarłem do pracy. I nawet pora była przyzwoita. Czas porannej jazdy to 1:01 h. Daleki od rekordu, ale ten może da się pobić latem.
Potem była praca. O piętnastej kontynuowałem już jazdę. Było słonecznie, ale dalej zimno. Temperatura mogła wynosić 5-6 stopni. Był przy tym wiaterek, który co prawda nie utrudniał jazdy, lecz potęgował doznanie chłodu. Na trasie odwiedziłem kolegę z pracy (w miejscowości Krzeszówek). Buduje on dom. Właściwie już go wykańcza. Pokazał mi swoje włości i pogaworzyliśmy chwilę.
Jechało mi się dziś przyjemnie. Nic nie kapało na głowę. Gdzieś tam jednak w głębi marzyłem o słońcu. Nie o takim jak dzisiaj, które tylko było. O takim, które daje ciepło i radość. Może już niedługo..?
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Mieroszów-Krzeszówek-Kamienna Góra-Jaczków-Stare Bogaczowice-Chwaliszów-Cieszów-Świebodzice-Milikowice-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica. Dystans 106,9 km ze średnia 24,1 km/h.




  • DST 202.10km
  • Czas 09:15
  • VAVG 21.85km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

100 000 km

Czwartek, 12 kwietnia 2012 · dodano: 12.04.2012 | Komentarze 4

W trakcie dzisiejszej jazdy dotarłem do 100 000 swojego kilometra na rowerze. Zajęło mi to 10 lat bez 18 dni. Miało być pięknie i przyjemnie. Był koszmarny deszcz. Tam gdzie licznik pokazał ten dystans, stanąłem i wypiłem parę łyków szampana Martini. Resztę wylałem na drogę.
I tyle. Zatem rozpocząć czas drugą setkę.
Trasa: Świdnica-Lubachów-Dziećmorowice-Wałbrzych-Mieroszów-Krzeszów-Kamienna Góra-Przełęcz Kowarska-Przełęcz Okraj (pełno tam jeszcze śniegu)-Trutnov-Chvalec-Radvanice-Jivka Vernerovice-Ceska Metuje-Teplice nad Metuji-Mieroszów-Rybnica Leśna-Głuszyca-Jugowice-Zagórze Śl.-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów)-Świdnica.




  • DST 124.70km
  • Czas 04:57
  • VAVG 25.19km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na Święta!

Sobota, 7 kwietnia 2012 · dodano: 09.04.2012 | Komentarze 0

Jazda miała miejsce w sobotę. Był to wyjazd na święta do Nysy. Trasę znam dobrze, postanowiłem zatem nieco ją urozmaicić. Trochę postudiowałem mapę i doszedłem do wniosku, że można nawet zaliczyć „dziewicze odcinki”. Zapowiadano złą pogodę, deszcz i śnieg. Tym razem jednak była niespodzianka na plus. Co prawda było dość zimno, bo raczej temperatura nie przekroczyła dwóch – trzech stopni, ale o opadach można było zapomnieć. Wyruszyłem dość wcześnie, bo obiecałem rychło znaleźć się na miejscu. Wbiłem się w zimowy kostiumik, w tym liczę długie rękawiczki i czapkę. Nie straszna był mi niska temperatura. Na trasie spotkałem pewnego starszego jegomościa, który żwawo kręcił na rowerku. Najpierw minąłem go bez spojrzenia, bo wydawał mi się niedzielnym bikerem, ale potem spostrzegłem, że uparcie trzyma się na kole. Zamieniliśmy w trakcie jazdy parę zdań. Okazało się, ze był to niegdysiejszy zawodnik, który ciągle sobie jeździ. Na oko wyglądał na 65-68 lat. Zupełnie zbaraniałem, gdy mi powiedział, że jedzie sobie na Autorku za 16 patyków. Przyjrzałem się wtedy rowerkowi. Była to rzeczywiście niezła maszynka. Jechaliśmy razem jakieś 10 kilometrów, potem on pojechał na Bardo, a ja na Ząbkowice. Spotkaliśmy się jeszcze raz, tym razem jadąc w przeciwnych kierunkach, na trasie Ząbkowice-Kamieniec Ząbkowicki. Machaliśmy sobie jak starzy znajomi. Spotkanie to natchnęło mnie nadzieją, że i przede mną może jeszcze ze dwadzieścia lat jazdy. No chyba że wcześniej szlag mnie trafi lub dopadnie jakieś niemiłe choróbsko. No ale trzeba być dobrej myśli. Przez 20 lat można nieźle pokręcić się tu i ówdzie. Naszła też mnie smutniejsza refleksja. Ja swoją przygodę z rowerem zacząłem po trzydziestce. Zdecydowanie za późno. Wcześniej prowadziłem bardzo niehigieniczny tryb życia. Ileż mogłem zaliczyć tras??? No ale lepiej późno niż wcale…
Trasa wyglądała tak: Świdnica-Bojanice-Pieszyce-Bielawa-Budzów-Stoszowice-Ząbkowice Śl.-Kamieniec Ząbkowicki-Paczków (tu zaczął się pierwszy „dziewiczy odcinek”)-Dziewiętlice-(Czechy)-Bernartice-Vidnava (tu zaczął się drugi)-Sławniowice-Kijów-Biała Nyska-Nysa. Dystans 124,7 km ze średnią 25,2 km/h.
Potem było wielkie świąteczne obżarstwo. Dziś rower wrócił do Świdnicy samochodem.
Zatem wesołych świąt!




  • DST 124.60km
  • Czas 05:31
  • VAVG 22.59km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

We mgle

Czwartek, 5 kwietnia 2012 · dodano: 05.04.2012 | Komentarze 0

Rower został obudzony nieco wcześniej, bo krótko po godzinie trzynastej. Niekiedy (ale dość rzadko) udaje mi się połączyć sprawy służbowe z jazdą na rowerze. Tak było i dzisiaj. Nazwijmy, że mój przedwczesny wyjazd z pracy miał kryptonim „liść tytoniu”. Od rana obszar Dolnego Śląska przytłaczała gęsta i nieprzenikliwa mgła. Widoczność była może na 50-100 metrów. Było przy tym zimno, bo termometry jakoś nie chciały podskoczyć powyżej 2 stopni. W takich warunkach wypuściłem się w trasę. Chmury były tak nabrzmiałe wilgocią, że co jakiś czas wypuszczały drobną mżawkę. Na szczęście o prawdziwym deszczu nie było mowy. Jechałem zatem dość żwawo, bo miałem zameldować się o określonej godzinie w określonym miejscu. Zdążyłem na czas, potem była ok. półgodzinna przerwa w jeździe (trwała akcja „liść tytoniu”). O piętnastej znowu byłem wolnym człowiekiem i mogłem jechać gdzie oczy poniosą. A poniosły mnie m. in. Na Pogórze Kaczawskie. Jest tam sporo podjazdów, a drogi niestety są dziurawe jak po bombardowaniu. Zatem jechałem wolno na podjazdach (bo na szybką jazdę pod górę jakoś nie mam sił) i dość wolno na zjazdach (by się nie wywalić i nie pozostać na Pogórzu Kaczawskim dłużej niż planowałem). W trakcie tej jazdy mgła stopniowo odeszła. Może wyjechałem z obszaru, którym zawładnęła, a może po prostu jakoś całkowicie się rozproszyła na większej powierzchni. W pewnym momencie stwierdziłem, że jestem w niedoczasie. Mam na myśli sytuację, kiedy wyliczyłem sobie, że dość marne mam szanse na powrót do domu przy dziennym świetle. Znacie to uczucie? Niektórym może jest obce, bo ze swobodą jeżdżą po zmierzchu. Dla mnie jest to jednak coś okropnego. Zatem nacisnąłem mocniej na pedały. Nawet wiatr zaczął mi na koniec nieco pomagać. Prawdę mówiąc dzisiaj wiało bardzo symbolicznie, przynajmniej w porównaniu do soboty, zatem podmuchy nie determinowały warunków jazdy. Do Świdnicy udało mi się dotrzeć o godz. 19:30. Normalnie byłoby jeszcze jasno, ale z powodu całkowitego zachmurzenia, było raczej ciemno. W trakcie jazdy zaliczyłem „dziewiczy”, ale jakże dziurawy odcinek. Było to między miejscowościami Pastwenik a Płonina. Na trasie nie spotkałem ANI JEDNEGO rowerzysty (nie licząc babci jadących z zakupami i gości w gumofilcach). No ale w taką pogodę na trasę wyruszają chyba tylko psychopaci.
Dzisiejszy dystans 124,6 km przy średniej 22,6 km/h na trasie: Wałbrzych-Szczawno Zdrój-Stare Bogaczowice-Jaczków-Marciszów-Domanów-Pastwenik-Kaczorów-Wojcieszów-Świerzawa-Pomocne-Jawor-Mściwojów-Strzegom-Stanowice-Stary Jaworów-Świdnica.




  • DST 100.30km
  • Czas 04:13
  • VAVG 23.79km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z pracy do innego kraju

Wtorek, 3 kwietnia 2012 · dodano: 03.04.2012 | Komentarze 0

W tym tygodniu chcę powtórzyć wariant z tygodnia ubiegłego. Rower zatem jeszcze wczoraj wieczorem został zapakowany do samochodu. Odkręcam koła, bo inaczej by się nie zmieścił, a całość upycham na tylnym siedzeniu. Elementy smarowane zabezpieczam folią, by całkiem nie zapaskudzić samochodu. No i rano jedziemy we dwójkę (tj. rower i ja) do pracy. Jest jeszcze za ciemno, a poza tym dziś było też chłodno, by rano jechać rowerem. No ale od drugiej połowy kwietnia te przeszkody znikną. W pracy szybko przykręcam koła i rower czeka gotowy do jazdy do godziny piętnastej. Jak łatwo obliczyć, do wykorzystania są ponad cztery godziny popołudnia i wieczoru. No to już można gdzieś się wybrać…
Dziś pojechałem do Czech. Trasa: Wałbrzych-Mieroszów-Teplice nad Metuji-Ceska Metuje-Police nad Metuji-Bezdekov nad Metuji-Police nad Metuji-Pekov-Hejtmankovice-Mieroszów-Wałbrzych. Dystans 100,3 km (jak Boga kocham, bez dokręcania, tyle wyszło) przy średniej 23,8 km/h.
Na trasie sporo wzniesień i kąśliwych pagórków, chociaż bez jakichś spektakularnych podjazdów. No ale trochę się nakręciłem. Forma daleka od ideału. W Czechach mnóstwo rowerzystów w różnym wieku, różnej płci i na przeróżnym sprzęcie. Podoba mi się ich „ahoj!”. Tak właśnie się pozdrawialiśmy.
W porównaniu z dwiema poprzednimi jazdami pogoda była boska. Coś koło 8 stopni, ani kropli deszczu, wiatr o rozsądnej sile… Trochę słońca, ale było ono raczej dostarczycielem światła niż ciepła. W miejscach zacienionych tchnęło jeszcze zimą. Można było nawet spotkać płachty śniegu gdzieś w przydrożnych rowach.
W pracy zameldowałem się około 19:30. Rower wstawiłem do przytulnego archiwum, sam nawet się już nie przebierałem tylko wskoczyłem do samochodu i dalejże do domu. Rower zapadł w słodką drzemkę. Obudzę go w czwartek o piętnastej…




  • DST 104.90km
  • Czas 04:55
  • VAVG 21.34km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

harcore na koniec marca

Sobota, 31 marca 2012 · dodano: 31.03.2012 | Komentarze 0

Dziś miał być hardcore i zaiste był. Chyba tylko PSYCHPATA wybrałby się na rower słuchając prognoz pogody. Starannie dobrałem swój rowerowy ubiór, wyglądałem w nim jak niemiecki żołnierz pod Stalingradem w okresie najtęższych mrozów. Jak wyjeżdżałem po godzinie dziesiątej padał deszcz. Towarzyszył mi on w trakcie całej jazdy, choć prawdę rzekłszy, były i momenty „suszy”. Czasem było też słońce, które nie miało zupełnie siły przebicia w tej ogólnie fatalnej pogodzie. Wiele razy pisałem o wietrze w tonie płaczliwym. Dziś na ten temat można by napisać całą elegię. Do 50 kilometra jechałem z jego pomocą. Czasem bez pedałowania prędkość przekraczała 40 km/h. Sielanka owa trwała dokładnie do połowy trasy, która wypadła w Strzelinie. Jadąc tak i czując podmuchy na plecach, myślałem jednak o tym co będzie, gdy skręcę na zachód. A było bardzo źle. Jak się potem dowiedziałem jechałem pod wiatr, który wiał z prędkością ponad 80 km/h. Dla postronnego obserwatora moje zmagania z wiatrem mogły nawet wyglądać komicznie. Oto facet w średnim wieku na nienajgorszym sprzęcie do jazdy szosowej człapie 13 km/h po płaskim terenie. Momentami wiatr był tak silny, że trudno było utrzymać równowagę. Coś takiego pamiętam tylko z zeszłorocznej wyprawy do Rumunii, kiedy na trasie transfagaraskiej na wysokości blisko 2 000 mnpm, dzięki podmuchom wiatru wjeżdżało się bez pedałowania na serpentynie o nachyleniu może 8-10 %. W trakcie tych ponad pięćdziesięciokilometrowych zmagań myślałem sobie, że wdrapuję się na najwyższy „asfalt” w Europie – Pico de Veleta górach Sierra Nevada w Hiszpanii. Tylko że tam po 40 kilku kilometrach podjazdu osiąga się ponad 3 000 mnpm. Wrażenie jazdy pod silny wiatr oddaje dokładnie jazdę po górach, z taka tylko różnicą, że jadąc pod górę widzisz nachylenie i wiesz że będzie ciężko, a na płaskim czujesz się jak bohater jakiegoś surrealistycznego filmu. Ostatni dzień marca dał mi też inne atrakcje: co jakiś czas pojawiał się grad, dość spory, który kłuł odkryte partie ciała. Tak na dobrą sprawę nie miałem za dużo odkrytych części ciała. Właściwie tylko małe szparki po obu stronach głowy – między okularami i polarowym ocieplaczem szyi. Pamiętacie wszak, że ubrany byłem jak niemiecki żołnierz w Rosji w 1943r. Ostatnią atrakcją jazdy, tuż przed samą Świdnicą, około 4-6 kilometrów od domu, była śnieżyca, które rozpętała się niewiadomo skąd. I w takiej śnieżnej zadymce doturlałem się do domu. Szybko zrzuciłem przemoczoną do cna odzież i buty, rower zawlokłem na jego miejsce, tj. na strych. Popatrzyłem na niego z troską. Brudny jak nieboskie stworzenie. Znowu będę musiał go solidnie wyczyścić.
Marzec zamykam przejechanym dystansem bliskim 1300 kilometrom. To mój rekord, który pobiłem sam nie wiem jak. Jutro już kwiecień, a z nim prawdziwa wiosna. Już tęsknię to jazdy w pięknym słońcu i spiekocie. To lubię. Dość już mam tego moknięcia i zimnych podmuchów…
Dzisiejszy dystans: 104,9 km przy skandalicznej średniej 21,3 km/h, ale więcej nie dałem rady wytargować z wiatrem. Trasa: Świdnica-Wiry-Kiełczyn-Łagiewniki-Strzelin-Zielenice-Jordanów Śl.-Sobótka-Marcinowice-Wilków-Pszenno-Świdnica.




  • DST 102.90km
  • Czas 04:11
  • VAVG 24.60km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Cztery godziny w deszczu

Czwartek, 29 marca 2012 · dodano: 29.03.2012 | Komentarze 0

Na dziś zapowiadano gwałtowne załamanie pogody. Prognozy krótkoterminowe się zazwyczaj sprawdzają. Tak też było i dzisiaj. Do południa chmurzyło się paskudnie, później zaczął kropić deszczyk. Mój rower czekał na mnie w pracy. Do godziny piętnastej, kiedy coraz silniej padało, ciągle biłem się z myślami czy warto narażać swoje stare cielsko na ziąb i zawieruchę. Wszyscy mi odradzali. No ale klamka zapadła. Postanowiłem jednak jechać. Z początku miałem zamiar zrobić króciutki dystans, coś pod 70 km. Jednak w miarę jazdy rósł we mnie bunt przeciw tak koszmarnej aurze. Bunt ten postanowiłem zamanifestować pokonując dystans ponad stukilometrowy. W czasie jazdy wygrażałem deszczowi, a później też przeciwnemu wiatrowi. Śmiałem się z niego i kpiłem. A te okropne zjawiska atmosferyczne niczym babilońskie bożki, pamiętliwe i mściwe, atakowały mnie z podwójną siła. Nie da się ukryć: zmarzłem okropnie. Deszcz i wiatr wyziębiły mnie niemiłosiernie. Moim szczęściem było to, że wczoraj gruntownie zapoznałem się z prognozami pogody i wziąłem dodatkowe rowerowe odzienie. Najbardziej przemokły mi nogi i głowa. Opad towarzyszył mi cały czas w ciągu mej czterogodzinnej jazdy. Niekiedy był bardzo intensywny. No ale cóż. Taka nasza dola. Teraz kiedy siedzę w cieplutkim pokoiku i senność nieco mnie morzy, jestem zadowolony z jazdy. Zrobiłem te sto kilometrów, trochę przełamując własne słabości i to się liczy. Można przejechać dwieście i więcej kilometrów i nic z tego nie zapamiętać. Ja przejechałem dziś skromną stówę, ale chyba szybko nie umknie mi z mej głowy. Najprzyjemniejszy był moment kiedy zrzucałem mokre ciuchy.
Na drodze było ślisko. W końcu kupiłem nowe opony i spisują się znakomicie. Jednak teraz przyszła kolej na klocki hamulcowe, które są mocno zużyte. Wiecie jak to jest, kiedy klocek wyjechany i w dodatku jest mokro, wtedy dłuższa jest droga hamowania. Musiałem to uwzględniać, zwłaszcza na zjazdach, aby nie znaleźć się na drzewie lub w rowie. Swoją drogą, widziałem samochód, który właśnie wkomponował się w rów i kilku dżentelmenów, którzy próbowali go stamtąd wydobyć. Zresztą na mojej trasie był spory ruch samochodowy. Kierowcy jednak, chyba litując się nad moim kiepskim położeniem, mijali mnie dziś nad wyraz kulturalnie i ostrożnie. Za to im dziękuję… Rowerzystów było niewielu, chyba ze dwóch. Na weekend zapowiada się śnieg. Kiepska perspektywa. No ale jeździć trzeba. Dobranoc…
Dzisiejsza trasa: Wałbrzych-Mieroszów-Golińsk-Mezimesti-Hyncice-Broumov-Tłumaczów-Nowa Ruda-Głuszyca-Jedlina Zdrój-Zagórze Śl.-Świdnica. Dystans 102, 9 km w czasie 4:11 h.




  • DST 82.60km
  • Czas 03:25
  • VAVG 24.18km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z pracy do innego kraju

Wtorek, 27 marca 2012 · dodano: 27.03.2012 | Komentarze 0

Rano było za ciemno, by jechać sobie do pracy na rowerze. Nie znoszę jeździć w ciemnościach. Jeszcze tydzień lub dwa i przed szóstą będzie można wyruszyć. Zatem wariant dzisiejszej jazdy był inny. Wczoraj wieczorem zapakowałem rower do samochodu i pojechałem z nim rano do pracy. Punktualnie o piętnastej wystartowałem. Koncepcja była taka, że zatoczę kółko, wrócę do Wałbrzycha, rower zostawię w pracy, a sam do domu wrócę samochodem. Tak też i uczyniłem. Dzięki temu wygospodarowałem sporo czasu na całkiem konkretną jazdę.
Pojechałem na swoją klasyczną trasę, czyli do czeskiego Broumova. Lubię zwłaszcza odcinek od rogatek Wałbrzycha do Mieroszowa. Ruch samochodowy stosunkowo niewielki, droga dobra, widoczki też niczego sobie. Zwłaszcza Wielki Stożek robi wrażenie. Kiedyś wszedłem na niego (a dokładnie na drewnianą platformę widokową zbudowaną na jego wierzchołku), widok był przedni. Teraz ja byłem w dole, a Stożek spoglądał na mnie z góry. Patrzyłem też na coraz śmielsze znaki wiosny. Cieszyły mnie te widoki, bo wiosna to wszak pora roku miła każdemu rowerzyście. Coraz więcej zieleni, coraz więcej ciepła i słońca. Niestety dużo też wiatru, który dziś hulał z wielką siłą. Trochę pomagał, ale odcinki jazdy przeciw niemu były czymś katorżniczym.
Dzisiejsza trasa: Wałbrzych-(Gaj)-Mieroszów-Vernerovice-Broumov-Ruprechtice-Mezimesti-Mieroszów-Kowalowa-Sokołowsko-Kowalowa-(Glinik)-Wałbrzych. W nawiasach zaznaczyłem dzielnice Wałbrzycha. Dystans 82,6 km w czasie 3:25 h. Na miejscu byłem o 18:30, mogłem zatem jeszcze z godzinkę pojeździć, ale nie bądźmy tacy pazerni na te setki, tak sobie w każdym razie rzekłem.




  • DST 182.00km
  • Czas 07:56
  • VAVG 22.94km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry Stołowe

Niedziela, 25 marca 2012 · dodano: 25.03.2012 | Komentarze 0

Dziś udało mi się zaliczyć kawałek gór. Dokładnie Gór Stołowych. Jest to niezwykła formacja geologiczna. Skały tworzą fantazyjne kształty i przy wielu z nich należy stanąć i podziwiać ich budowę. Pisałem że góry zacznę odwiedzać od kwietnia, ale marzec, zwłaszcza tak piękny i wiosenny jak w tym roku, też może być dobry w tym celu. Aby dojechać do Gór Stołowych musiałem wcześniej przejechać ładnych kilkadziesiąt kilometrów. Wyruszyłem dość wcześnie, bo zdawałem sobie sprawę z konieczności przemierzenia wielu kilometrów i własnej mizernej formy. Jako się rzekło, pogoda sprzyjała. Było dość ciepło, przy tym słonecznie, całkowitej sielance przeszkadzał wiatr, który miotał się, zmieniał kierunek i nie chciał się uspokoić. Miałem dwa nieprzyjemne spotkania z pojazdami mechanicznymi. Na szczęście bez konsekwencji. Najpierw ja wymusiłem pierwszeństwo na samochodzie w czeskim Hronovie. Jakoś nie spojrzałem na znaki i wpakowałem się wprost pod koła jakiejś Skody (chyba?). Czescy kierowcy jeżdżą jednak bardzo ostrożnie i gość przyhamował tuż przede mną. Cóż, mea culpa. Później prawie wpakował się na mnie skuterek. Tym razem ja byłem na głównej, a on na podporządkowanej. Najpierw stanął, wyraźnie patrzył na mnie, a kiedy byłem na jego wysokości, gwałtownie ruszył. Odskoczyłem w lewo i to uchroniło moje tylne koło od kolizji. Pewnie rozwaliłby mi je na cacy. Rzuciłem mu parę cięższych słów, ale pomny swojego przewinienia w Hronovie, szybko sobie odpuściłem. Pech prześladował mnie dalej. Na 112 km trasy złapałem gumę. Zamiast zrobić jak wymądrzałem się dwa tygodnie temu, tzn. kupić dwie nowe opony, zrobiłem jednak przekładkę. Nic dziwnego zatem, że tym razem gumę złapałem z przodu. Podczas wymiany dętki dokładnie przyjrzałem się oponie. Ruiny i zgliszcza. Jutro kupuję komplet nowych. Nie ma sensu się stresować. Kolejny pech spotkał mnie już po powrocie. Okazało się, że nie wziąłem kluczy od mieszkania. Musiałem zatem czekać na powrót pozostałych domowniczek, który nastąpił po godzinie 21. Poszedłem sobie coś zjeść i na piwko. Niestety zmarzłem wieczorem okrutnie, bo do lata jeszcze daleko po zapadnięciu zmroku jest tęgi chłód. Teraz wsłuchuję się w swój organizm szukając w nim jakichś objawów przeziębienia. Na razie poza gruźliczym kaszlem wszystko jest OK.
Cóż, to byłoby na tyle, bo godzina późna, a ja ciągle jestem wbity w strój rowerowy i marzę o ciepłej kąpieli…
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Modliszów-Wałbrzych-Mieroszów-Teplice nad Metuji-Police nad Metuji-Hronov-Kudowa Zdrój-Droga Stu Zakrętów (Przełęcz Lisia-Karłów-Radków)-Ścinawka Górna-Tłumaczów-Broumov-Mieroszów-Rybnica Leśna-Głuszyca-Zagórze Śl.-Świdnica. Dystans 182,0 km przy średniej 23 km/h.