Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 323163.40 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 92.20km
  • Czas 03:40
  • VAVG 25.15km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do pracy marsz...

Piątek, 23 marca 2012 · dodano: 23.03.2012 | Komentarze 0

Po raz pierwszy w tym sezonie wybrałem się rano rowerem do pracy. Jechałem nieco inaczej niż w ubiegłym roku, ale dystans wyszedł zbliżony – ok. 23 km. Rano było oględnie mówiąc dość rześko. Wyruszyłem z domu o godzinie 5:50, sami przyznacie nieludzka pora, ale jazda rowerowa wymaga poświęceń… Szron pokrywał trawy i krzewy, nad zbiornikami wodnymi unosił się chłodny opar, mijane samochody miały wyraźne ślady drapania zmarzliny. Ubrałem się niezbyt grubo, zmarzły mi zwłaszcza stopy, obute w podbite żelastwem obuwie rowerowe. No ale trasa mojej porannej jazdy wiodła raczej pod górę, dlatego szybko się rozgrzałem i nie odczuwałem chłodu. Potem było osiem godzin przysparzania chluby naszej ojczyźnie. Wreszcie wybiła piętnasta i można było opuścić miejsce pracy i rozpocząć weekend. Czas jazdy ograniczony był godziną zapadnięcia zmroku. Tak sobie skalkulowałem dystans, by nie szwendać się po zmroku. Bardzo tego nie lubię. Jechało mi się nadspodziewanie lekko, pogoda była miła. Uświadomiłem sobie w pewnym momencie, że to moja pierwsza wiosenna jazda. Było nawet ciepło, wiatr trochę krążył, ale nie przeszkadzał, słońce ciągle walczyło z chmurkami, w oddali widok psuła delikatna mgiełka. Udało mi się nawet przemierzyć ok. 3 km „dziewiczej” trasy, bo nigdy wcześniej nie jechałem z Wirek do Kątek. Pewnie niewiele to mówi osobom nieznającym moich okolic, ale jakoś już mi się to napisało, a zatem niech będzie. Tak czy owak „dziewicza trasa” była pozbawiona dziur i jechało się nią bardzo przyjemnie. Do Świdnicy dojechałem przed godziną 18, zatem przy mocnym jeszcze dziennym świetle.
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Dziećmorowice-Lubachów-Bojanice-Pieszyce-Dzierżoniów-Włoki-Kiełczyn-Wiry-Wirki-Kątki-Pszenno-Jagodnik-Świdnica. Dystans 92,2 km (patrzę teraz w statystyki, 572 wynik w historii moich rowerowych jazd) przy średniej ponad 25 km/h.




  • DST 159.30km
  • Czas 06:56
  • VAVG 22.98km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przedwiosenny wypad w Lubuskie cz.2

Niedziela, 18 marca 2012 · dodano: 18.03.2012 | Komentarze 0

Kolejny weekend spędzony na rowerze. Przedsmak dłuższych rowerowych wypraw. Zwłaszcza przy tak pięknej, rzekłbyś majowej, pogodzie, warto było nadwyrężyć nieco mięśni. Tym razem był wypad w Lubuskie. Województwo lasów, grzybów. Przy tym płaskie jak talerz na drugie danie. No ale w góry póki co nie zamierzam się jeszcze wybierać. I kondycja licha, i pełno tam jeszcze śniegu. Na góry, których wokoło pełno, przyjdzie czas w kwietniu i później.
Wyjechałem w sobotę bliżej południa niż rana. Człowiek zawsze ma pełno innych spraw, zamiast wskoczyć na rower, gdy wstaje świt. Tym razem obyło się bez przykrych niespodzianek z dętką. Po czyszczeniu w środku tygodnia i wymianie opon (zdecydowałem się jednak na wariant tymczasowy), rower w sobotę był gotowy do jazdy. Chyba sąsiad tym razem odpuścił sobie dziurawienie opon. Pogoda, jak chyba wszyscy wiedzą, była bajeczna. Prawdziwa majówka w marcu. Ubrałem się dość skromnie. Czapkę zastąpiła moja ulubiona żółta chustka, na grzbiet wrzuciłem tylko krótką i długą bluzę. Wziąłem pełne rękawiczki, ale lepsze byłyby krótkie. W czasie jazdy zdjąłem nawet długą bluzę. Słońce operowało nadzwyczajnie. Owady gwałtownie zaczęły swoje pląsy. Były i motyle, i muchy, i biedronki. Było słychać też mnóstwo ptasich piosenek. Wiosna! Zaliczyłem kilka dziewiczych odcinków, ale raczej tylko w sobotę (okolice Bolesławca). W sobotę wiatr był zmienny, niestety w niedzielę już tylko przeciwny, lecz niezbyt mocny. Oczywiście brać kolarska wyruszyła w plener. Widziałem i sakwiarzy, i samotnych (jak ja) jeźdźców, były też duety i peletoniki. Miło było na to wszystko patrzeć, jeszcze sympatyczniej było wymieniać pozdrowienia.
W liczbach i przebiegach wyglądało to tak:
- sobota: dystans 141,3 km w czasie 5:59h (średnia ok. 23,6 km/h); trasa: Świdnica-Milikowice-Świebodzice-Dobromierz-Bronów-Kłaczyna-Bolków-Pogwizdów-Stara Kraśnica-Nowy Kościół-Pielgrzymka-Sędzimirów-Żeliszów-Bolesławiec-Leszno Górne-Bobrowice. Nocleg w gospodarstwie agroturystycznym w tychże Bobrowicach,
- niedziela: dystans 159,3 km w czasie 6:56h (średnia ok. 23 km/h); trasa:Bobrowice-Szprotawa-Przemków-Chocianów-Chojnów-Złotoryja-Jawor-Mściwojów-Goczałków-Strzegom-Stanowice-Witków-Milikowice-Witoszów Dolny-Świdnica.




  • DST 141.30km
  • Czas 05:59
  • VAVG 23.62km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przedwiosenny wypad w Lubuskie cz.1

Sobota, 17 marca 2012 · dodano: 18.03.2012 | Komentarze 0




  • DST 149.50km
  • Czas 06:54
  • VAVG 21.67km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przedwiosenny wypad do Wielkopolski cz.2

Niedziela, 11 marca 2012 · dodano: 11.03.2012 | Komentarze 0

Pomysł mojej weekendowej ekspedycji rodził się powoli w ciągu ubiegłego tygodnia. W wolnych chwilach, których mam ostatnio więcej, analizowałem mapę województwa dolnośląskiego. Pomyślałem sobie, że byłoby zabawnie dotrzeć do samego jej końca. Południe raczej odpadało, bo w górach jeszcze śnieg, wschód i zachód też nie wzbudził mego aplauzu. Pozostała więc północ. A tam już Wielkopolska. Na mojej mapie zaznaczono wcale nielichy jej fragment. Zatem wybór padł na miejscowość Pępowo. Jeszcze w piątek przeanalizowałem najdogodniejszą trasę i zamówiłem sobie nocleg w tymże Pępowie, bowiem w marcu jeszcze nie jestem w stanie zamachnąć się na dystans ponad trzystukilometrowy.
W sobotę rano szybko się spakowałem, ale niestety mój wyjazd został opóźniony z powodu stwierdzenia flaka w rowerze. Rower stoi na strychu. Lekko się wkurzyłem, bo w poniedziałek, kiedy poszedłem czyścić rower po ostatniej jeździe, też stwierdziłem kapeć. Flak był w tylnym kole, a ja wcześniej uporałem się z przednim. Tak czy owak wydało mi się to podejrzane. A może jakiś sąsiad dziurawi mi dętki. No ale dobra nasza. W miarę sprawnie zmieniłem dętkę i dalejże w trasę. Pierwsze kilometry mijały mi przy niezłej pogodzie i takim też humorze. Jechałem bocznymi drogami, a celem moim była przeprawa przez Odrę w miejscowości Głoska. Po drugiej stronie Odry przycupnął Brzeg Dolny. Trochę myślałem o tym czy prom kursuje, bo miałem nieciekawe doświadczenia z takimi przeprawami na Odrze. Na mapie są zaznaczone np. w Malczycach czy Bytomiu Odrzańskim, ale kiedy tam się wybrałem to żadnego promu nie uświadczyłem i musiałem nadrabiać wiele kilometrów, bo na naszej Odrze nie jest za dużo mostów. No ale tym razem wszystko było w porządku. Dojazd do Głoski to jak wędrówka na koniec świata. Wioski żyją własnym życiem, na rowerzystę tubylcy spoglądają z lekkim drwieniem. Co ważne za przeprawę płacą tylko kierujący samochodami, piesi i rowerzyści mają za darmo. Nad prawidłowością procedury czuwa suczka Kropka, która pływa sobie promem w tę i z powrotem. Dalej były piękne trasy wiodące lasami i polami. W Żmigrodzie na Orlenie zjadłem obiadek. Za wypasionego schabowego z dodatkami i kawę (oj pobudziła mnie do dalszej jazdy) zapłaciłem tylko 19 zł. Wcześniej, jeszcze przed przeprawą zauważyłem, że w tylnej oponie jest jakaś dziura. Pomacałem, popatrzyłem, wyglądało wszystko OK. No ale nie było OK., było cholernie daleko od OK. Za Brzegiem zauważyłem, że tylne koło wiotczej niczym hm… może ktoś mi podsunie jakieś porównanie. Moje porównanie nie nadaje się na forum, gdzie czuwa „towarzystwo różańcowe”. Gdyby powietrze zeszło od razu, pewnie bym zaczął zmieniać dętkę. Dętkę natomiast przezornie kupiłem podczas jazdy w sklepie rowerowym w Środzie Śl. Ale powietrze jakoś się utrzymywało, a ja zamiast podjąć radykalne kroki, co jakiś czas pompowałem dętkę. Przed Żmigrodem pogoda popsuła się i deszcz o różnym natężeniu towarzyszył mi już do samej mety. Jechałem dalej bocznymi drogami. Do Wielkopolski wjechałem od strony miejscowości Białykał, jakże romantyczna nazwa. Do swojej kwatery dojechałem już po zmroku i w strugach wody. Wcześniej jednak kupiłem sobie coś na kolację. Gorący prysznic był czymś ekscytującym. Miałem nawet zamiar zobaczyć tę nieszczęsną dętkę, ale po wypiciu piwka jakoś mi się odechciało. Sen przyszedł szybko jak mrugnięcie powiek.
Sobotnia trasa: Świdnica-Śmiałowice-Imbramowice-Kostomłoty-Środa Śl-Głoska-(prom)-Brzeg Dolny-Strupina-Żmigród-Żmigródek-Dubin-Pępowo. Dystans 166,6 km (cóż za diabelska liczba) przy średniej ok. 24 km/h.
W niedzielę wstałem po szóstej. Zjadłem bułkę i jabłko. Zbadałem też rower. W tylnym kole było nieco powietrza. Postanowiłem wstawić nową dętkę. Okazało się, że miała uszkodzony zawór. Nie można było z nią nic zrobić. Krew mnie zalała jak wczoraj strugi deszczu. Podkleiłem od wewnątrz dziurę w oponie i wstawiłem starą dętkę. Rano pogoda była koszmarna. Lało jak z cebra. Mimo to wyjechałem, bo cóż było robić? Szybko znalazłem swój kierunek i bez entuzjazmu pomknąłem w dal. Po dziesięciu kilometrach, gdy zobaczyłem, że tylne koło wiotczeje jak wiecie co, stanąłem jeszcze raz z mocnym postanowieniem naprawy tego cholernego kapcia. Pogoda się tymczasem poprawiła. Wyszło słońce i ono dodało mi otuchy. Już nawet myślałem, że przyjdzie mi jakoś doczłapać do Rawicza i stamtąd udać się do domu koleją. Straszna to była dla mnie wizja. Duch sportu i ciekawa wyprawa całkowicie zaprzepaszczone. Ale to słońce przyniosło mi dobry znak. Szybko odnalazłem dziurę w dętce chwacko zalepiłem i już do końca miałem spokój, chociaż co jakiś czas nieufnie badałem tylne koło. Przeciwnikiem natomiast stał się wiatr, w sobotę prawie niezauważalny. Ale tak to już w naszym klimacie bywa. Jak nie deszcz, to wiatr. Zwróciłem uwagę, że w Wielkopolsce są pięknie utrzymane drogi, nie to co u nas. Tam nawet lokalne odcinki nie straszą dziurami. Kierowcy jacyś bardziej uprzejmi, no ale bardzo mało rowerzystów. W powrotnej drodze jechało mi się ciężko, nie miałem świeżości. Wiatr wyciskał resztki sił. No ale jakoś dobrnąłem. Teraz czuję błogie zmęczenie.
Dzisiejsza trasa: Pępowo-Miejska Górka-Rawicz-Żmigród-Strupina-Brzeg Dolny-(prom)-Głoska-Miękinia-Gościsław-Żarów-Świdnica. Dystans 149,5 km przy średniej 21,6 km/h.
Ileż na mojej trasie było „dziewiczych odcinków”! Już planuję kolejne jazdy…




  • DST 166.60km
  • Czas 06:57
  • VAVG 23.97km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Przedwiosenny wypad do Wielkopolski cz.1

Sobota, 10 marca 2012 · dodano: 11.03.2012 | Komentarze 0

Opis przy cz.2




  • DST 111.40km
  • Czas 05:03
  • VAVG 22.06km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wypad do Czech

Niedziela, 4 marca 2012 · dodano: 04.03.2012 | Komentarze 0

Wczoraj Pan Bóg odebrał mi rozum.
Zamiast wybrać się na rower, jak nakazuje logika, mnie się zachciało górskich wędrówek. Pogoda była wymarzona. Słońce przyozdabiało błękit nieba. Szwendałem się zatem granicą polsko-czeską, a wskaźnikami mej drogi były słupki graniczne. Jednak zamiast przyjemnego podziwiania natury, musiałem walczyć ze śniegiem, którego w górach jest spora ilość. Brnąłem najpierw przez śnieg zmrożony, który mnie utrzymywał, potem niestety zaczęły się schody, bo zapadał się pode mną, a moje nogi do wysokości kolan w nim więzły. Przeszedłem tak dwadzieścia kilometrów, zmęczyłem się straszliwie i miałem potężne zakwasy. No ale dość już o tym. Dziś odzyskałem rozum i wybrałem się na rower.
Pogoda była niezła, ale brakowało wczorajszego słońca. Wiatr tylko trochę podwiewał i praktycznie nie miał znaczenia. Już od Świdnicy widziałem rowerzystów, którzy dzielnie sprawdzali swoją formę na przedwiośniu. Moja forma powoli rośnie. Trasę ze znaczącymi już podjazdami pokonałem bez kryzysów i marudzenia. Na kilku odcinkach pokonywałem śnieg. Na kolarzówce nie da się przejechać po śniegu, zatem prowadziłem rower. Tych odcinków nie było wiele, w sumie może jakieś 500m. Jechałem też po mieszaninie błota śniegowego i piasku, czego efektem jest konieczność wyczyszczenia rower. No ale to już nie dzisiaj. Jak już powiedziałem wybrałem trasę, dla mnie ze wszech miar klasyczną, bo wiodącą do Czech, na której było sporo podjazdów. Nie były to jakieś straszne góry, ale niektóre z nich miały po 5-7 km. Przy czym skoncentrowały się na początkowych odcinkach, tak do 25 km. Jak opuszczałem Wałbrzych, by pomknąć do czeskiej granicy, moja średnia wynosiła 17 km/h. Miałem przy tym lekką obawę, czy nie odezwą się zakwasy, których nabawiłem się nieopatrznie wczoraj. Obawy były płonne, bo nic takiego się nie stało. Drogi po zimie upodobniły się do prawdziwego szwajcarskiego sera. Dziur tyle, że łącza się one w całe kompleksy i jak się na nie patrzy, to można mieć wrażenie, że rozrastają się jak jakieś państwo, które podbija sąsiednie obszary. Służby drogowe, do roboty! Nie chcę by rower rozklekotał mi się na kiepskim podłożu.
Przebieg trasy: Świdnica-Modliszów-Wałbrzych-Mieroszów-Hyncice-Broumov-Hejtmankovice-Unisław Śl.-Głuszyca-Zagórze Śl.-Świdnica. Dystans 111,4 km (jakoś dziwnie podobny do poprzedniego) ze średnią ponad 22 km/h. Na spadek średniej miały pewnie też wpływ odcinki, na których musiałem ciągnąć rower z powodu śniegu…




  • DST 111.60km
  • Czas 05:06
  • VAVG 21.88km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Wiatr, mój przyjaciel i wróg

Sobota, 25 lutego 2012 · dodano: 25.02.2012 | Komentarze 0

Dzisiejsza jazda zdeterminowała była przez wiatr. Jednak istnieje sprawiedliwość na tym świecie! Pierwszą część dystansu jechałem pod piekielny wiatr, a drugą z wiatrem. Przeważnie do tej pory było odwrotnie. Do 50-go kilometra średnia wynosiła coś koło 18 km/h. Męczyłem się strasznie. Proste odcinki były katorgą, a kilka podjazdów przeciw wiatrowi zmuszały mnie do używania bardzo brzydkich słów, które słałem powiewom, ale jakoś zatracały się w tych gwizdach i świstach. No ale druga część trasy była bajeczna. Jechało się szybko bez kręcenia. Poza tym pogoda była całkiem znośna. Drogi przejezdne, na poboczu nieco śniegu, ładny błękit nad głową, miłe promyki słoneczne, które co prawda niezbyt grzały, ale zawsze dodawały otuchy. Wybrałem się lekko przeziębiony, nieco obawiałem się o kryzysy, które mogły dopaść mnie na trasie, tak jak ostatnim razem. Jednak obawy te raczej się nie sprawdziły. Trudno powiedzieć, że forma rośnie, bo jednak namachałem się zdziebko, ale jazda była zupełnie niepodobna do tej sprzed tygodnia. Nawet gardło przestało mi doskwierać. Jazdę odbyłem w pięknym nowym kostiumie Discovery, założyłem cztery koszulki i bluzy oraz dwie pary spodni. Było mi ciepło niesamowicie. Mimo tego słońca, o którym pisałem, ciągle jest jednak luty i nie ma co liczyć na upały. Na trasie dwóch dojrzałem dwóch rowerowych singli oraz w okolicy Kłaczyny całkiem pokaźny peletonik skąłdajacy się z miłośników rowerowania obojga płci. Niestety jechali w drugą stronę i nie było mi dane się podłączyć.
Zaliczyłem też „dziewiczy” odcinek. „Dziewiczym” odcinkiem nazywam taką część drogi, którą po raz pierwszy przejechałem na rowerze. Tym razem był to łącznik między drogą łaczącą Bolków z Jelenią Górą i Bolków z Jaworem, a dokładnie trasa przez Pogwizdów (piękna nazwa dla dzisiejszej jazdy biorąc pod uwagę ciągle wyjący wiatr) i Kwietniki. Odcinek ten będę wspominał nad wyraz dobrze, bo tam właśnie zacząłem jazdę z wiatrem. Na dorodze z Jeleniej Góry widziałem mnóstwo samochodów z bagażnikami na narty. Wracali do domu mieszkańcy Warszawy, Poznanai, okolic nadmorskich. Coś we mnie się śmiało i chciałem im powiedzieć, że słusznie kończą sezon narciarski. Deski do komórki, czas wyciągnąć rowery!
Nieodwołalnie nadchodzi wiosna!
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Witoszów Dolny-Komorów-Świebodzice-Dobromierz-Bronów-Kłaczyna-Bolków-Pogwizdów-Sokola-Paszowice-Jawor-Mściwojów-Goczałków-Strzegom-Stanowice-Stary Jaworów-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica.
Dystans 111,6 km przy średniej blisko 22 km/h.




  • DST 87.90km
  • Czas 04:15
  • VAVG 20.68km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zła pogoda, kiepska forma

Niedziela, 19 lutego 2012 · dodano: 19.02.2012 | Komentarze 0

Sezon został reaktywowany.
Po półtoramiesięcznej przerwie dziś udało mi się pojechać w plener. W ubiegłym tygodniu panowała sroga zima i raczej marne miałem nadzieje na przewietrzenie organizmu. No ale się udało. Na dziś zapowiadano deszcz i prognozy się sprawdziły. Przez jakieś 80% czsu jazdy padał niemiły zimny deszcz. Miał chyba temperaturę niewiele wyższą niż zero stopni Celsjusza. Wody chyba spadło na mnie ze 100 litrów, bo momentami lało intensywnie. Ubrałem się w miarę wodoodpornie, ale przy takim uporczywym opadzie woda przeniknie przez wszystko. Na stopy założyłem foliowe torebki, ale zdały się niewiele. Stopy przemokły najszybciej, a nie jest to nic przyjemnego, bo przez nie (jak i przez głowę) ciepło uchodzi najrychlej. Głowę miałem zabezpieczoną czapką polarową, która dobrze zdała egzamin, bo wiązała wodę i miałem wrażenie suchości. Tylko co jakiś czas musiałem ją wykręcać... Po drodze wiele śladów ataku zimy z zeszłego tygodnia. Strasznie dużo napdało u mnie śniegu, zwłaszcza w poniedziałek i wtorek. Drogi były zasadniczo przejezdne, w niektórych tylko miejscach śnieg trochę tarasował przejazd. Za to poza drogami pełno jeszcze pozostało tego białego paskudztwa. Na szosach widziałem też mnóstwo piachu- pozostałość przegranej walki służb komunalnych z zimą. Teraz tworzył wraz z wodą barzdo niebezpieczne połączenie. Rower szosowy (taki jakim jechałem) nie lubi takiego połaczenia. Naprawdę trzeba uważać, zwłaszcza na łukach i zakrętach, by nie pociągnęło tylnego koła. Lepiej na takiej nawierzchni nie skręcać gwałtownie i nie hamować bez potrzeby. Mnie się jakoś udało, bo zwalniałem, kiedy widziałem takie coś na drodze. Na trasie nie spotkałem ani jednego rowerzysty, no nie liczac własnego odbicia na mokrym asfalcie.
Na początku stycznia udało mi się dwa razy wyskoczyć. Jednak tamte przejazdy, choć odbyte w 2012r. bardziej pasują do ubiegłego sezonu. Dziś była chyba taka prawdziwa imauguracja. Okazało się, ze jestem kompletnie roztrenowany. Do 40 km jechało mi się normalnie, tzn. średnia prędkość była charakterystyczna dla moich umiejętności, czyli ok. 24-26 km/h. Potem nagle stało się coś dziwnego. Siły zaczeły opuszczać mnie w postępie geometrycznym. Mięśnie (zwłaszcza ud) domagały się zaprzestania wysiłku. Paliły i rwały. Musiałem stawać na chwilkę, by dać im wytchnienie. Średnia zaczęła spadać na łeb na szyję. Otuchy nie dodawał ciąle lejący deszcz i wiatr, który naraz zaczął wiać z wielką siłą. Jeszcze nigdy początek sezonu nie był dla mnie tak trudny. Czyżby wiek starczy? A może nadwaga, moja zmora, sczczególnie po zimie.
Jednak teraz, kiedy siedzę przy komputerze, po gorącym prysznicu, którego ciełpłą wodę chłonąłem całym ciałem, ciezsę się z wycieczki, mimo dość kiepskiej pogody i mizrenej formy...
Dzisiejsza trasa: Świdnica-Wiry-Sady-Sobótka-Nasławice-Jordanów Śl.-Białobrzezie-Łagiewniki-Jaźwina-Tuszyn-Mościsko-Lutomia Dolna (i Górna też)-Opoczka-Świdnica. Dystans 87,9 km w czasie 4:15 h.




  • DST 107.90km
  • Czas 04:26
  • VAVG 24.34km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

setka wydarta wiatrowi

Sobota, 7 stycznia 2012 · dodano: 07.01.2012 | Komentarze 0

Nadzwyczajna styczniowa pogoda zachęca do jazdy. Dziś było pogodnie, ciepło (relatywnie), ale niestety dokuczał wiatr. Jak to zwykle ze mną bywa, najpierw wiatr mi sprzyjał, a po osiągnięciu półmetka, stał się moim wrogiem. I to dość zapalczywym. Po drodze oglądałem zadziwiające jak na styczeń widoki: zielone pola ( to bujnie wegetują oziminy) oraz błękitne niebo. Z tą pogodą, mimo wiatru, miałem jednak sporo szczęścia, bo teraz kropi zimny deszcz, który oszczędził mnie podczas jazdy. Na trasie spotkałem pięciu rowerzystów, w tym trzech naraz. Ale było to jeszcze przed południem i blisko Świdnicy. Kondycja przeciętna. Trochę przeszkadza mi nadmiar sadła, które nie wiadomo skąd się wzięło (obfitość świąteczna, zamiłowanie do piwa?). Warto pomyśleć o zrzuceniu paru kilogramów. No tak z pięciu, może siedmiu. Wszystko przede mną…
Tymczasem cieszę się jazdą i marcową pogodą na początku roku. Niedaleko od Świdnicy zaczyna się już w górach strefa zimy. Widziałem ja, gdy wjechałem na jakąś górkę. Stoki Gór Sowich i Wałbrzyskich pokryte są warstwą białej substancji, której rowerzyści nie za bardzo lubią.
Jazda była w pewnym sensie rekordowa, bo nigdy w styczniu nie przekroczyłem jeszcze stu kilometrów, tak jak dziś mi się udało.
Trasa: Świdnica-Wiry-Marcinowice-Domanice-Mietków-Kąty Wrocławskie-Samsonowice-Zabłoto-Kostomłoty-Jarosław-Gościsław-Żarów-Jaworzyna Śl.-Nowy Jaworów-Świdnica.




  • DST 71.20km
  • Czas 02:57
  • VAVG 24.14km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Nowy Rok!

Niedziela, 1 stycznia 2012 · dodano: 01.01.2012 | Komentarze 5

Sezon 2012 rozpoczęty!
Pogoda była znośna, zatem można było wybrać się na noworoczną przejażdżkę. Noc sylwestrowa nie była dla mnie męcząca, dzięki czemu radośnie stwierdziłem rano, że można ruszyć w trasę. Chmury kłębiły się co prawda straszliwie i wiatr mocarnie przeganiał powietrze wte i wewte, ale jechało się całkiem przyjemnie. Po raz drugi w mojej karierze rowerzysty-amatora udało mi się wyjechać w Nowy Rok. Lepszej inauguracji sezonu trudno sobie wyobrazić. Jako się rzekło, pogoda sprzyjała. Nie padało, temperatura była dodatnia. Kondycja taka sobie, ale jakoś się jechało. Po drodze spotkałem kilku rowerzystów, którzy tak jak ja postanowili przewietrzyć swój organizm, a może pogonić sylwestrowego kaca.
Przejażdżkę odbyłem na trasie: Świdnica-Bystrzyca Górna-Pieszyce-Dzierżoniów-Kiełczyn-Jędrzejowice-Marcinowice-Śmiałowice-Wierzbna-Bagieniec-Tomkowa-Świdnica. Dystans 71,2 km przy średniej 24,1 km/h (czas jazdy 2:57 h).
No i cóż? Wszystkim w Nowym Roku życzę lepszych osiągów niż w roku minionym…