Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 313086.90 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.66 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 191.90km
  • Czas 07:52
  • VAVG 24.39km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...Litwa

Wtorek, 1 czerwca 2010 · dodano: 04.01.2012 | Komentarze 0

Kolejny etap zaczęliśmy objeżdżając Szawle. Trochę odebrało nam animuszu, gdy ujrzeliśmy tablicę z nazwą miejscowości, do której chcieliśmy tego dnia dotrzeć : „Palanga 156 km”. Niby znane są te dystanse, z reguły robiliśmy przecież więcej kilometrów, lecz lepiej się jedzie planując kolejne krótsze odcinki i widząc stosowne informacje na tabliczkach. Pojawiło się trochę pagórków, które pokonywaliśmy żwawo, droga cały czas prowadziła lasami, wiła się między wioskami, do których prowadziły białe drogi szutrowe. My już jednak nie myśleliśmy o skrótach, woleliśmy asfalt. Wyrobiliśmy rytm jazdy. Każdy z nas prowadził przez 10 km, co było precyzyjnie wymierzane przez niebieskie tabliczki kilometrowe. Mnie zaczęła doskwierać tylna część ciała, bo lekkomyślnie zgodziłem się na zmianę ustawienia siodełka podczas przeglądu Zdechlaka przed wyjazdem. Siodełko później przestawiłem, lecz odniesione rany były na tyle dotkliwe, że musiałem sobie kupić kremik, którym smarowałem sobie tę część ciała na cztery litery. Co za ulga! Przed Palangą jest miasto o ciekawej nazwie Kretynga ( Kretinga ). Ciekawe kto w nim zamieszkuje? Za parę kilometrów było już Morze Bałtyckie. Palanga to litewski największy i najbardziej znany nadmorski kurort. Dotarliśmy do Bałtyku, który był stalowoszary. Najpierw pojechaliśmy na spore molo, opanowane przez tłumy wędkarzy. Oczywiście było zanurzenie rowerowych kół w bałtyckich falach, ja przy okazji niechcący zanurzyłem także obute stopy. Było jeszcze wcześnie, postanowiliśmy zatem jechać dalej i zanocować w Kłajpedzie. Z Palangi jechaliśmy ścieżką rowerową, a potem już normalną drogą. Kłajpeda to spore miasto portowe. Trochę się nakrążyliśmy zanim udało nam się znaleźć hotel. Był całkiem przyzwoity i przy tym w rozsądnej cenie.
Następny dzień poświęcony był na jazdę po Mierzei Kurońskiej. Jest to twór geograficzny analogiczny do naszej Mierzei Helskiej, jednak znacznie dłuższy, bo liczy sobie blisko 100 km, z czego mniej więcej połowa należy do Litwy, a druga do Rosji ( odwód kaliningradzki). Mierzeja od strony Kłajpedy nie ma stałego połączenia z lądem, można na nią dostać się promem. Jak wystartowaliśmy rano spod hotelu, to przejechaliśmy całe miasto i zamiast do promu na mierzeję, dotarliśmy do wielkiego terminalu portowego, skąd wielkie statki wypływają na szerokie wody. Zawróciliśmy zatem i po krótkiej jeździe znaleźliśmy wreszcie właściwe miejsce. Promem płynęło się chwilkę i już można było znaleźć się w nieco innym świecie- stworzonym przez bałtyckie piaski. Najpierw w dość żwawym tempie dotarliśmy do granicy rosyjskiej. Nic sobie nie robiąc z zakazu fotografowania, pstryknęliśmy parę zdjęć. Aresztu nie było. Kolejnym punktem jazdy był nadbałtycki kurort Nida. Tu zjedliśmy pożywne drugie śniadania, trochę odpoczęliśmy i dalejże z powrotem do Kłajpedy. Obok normalnej drogi była ścieżka rowerowa, lecz my ją zignorowaliśmy, bo jakoś te litewskie ścieżki nam nie leżały. Co jakiś czas przy drodze widniał złowieszczy znak „zakaz wjazdu dla rowerów”. Myśmy lekceważyli je w sposób ewidentny, mijała nas miejscowa policja nie zwracając na nas uwagi. Około 10 kilometrów przed Kłajpedą był jakiś punkt kontrolny i tu zaczął się klops. Stał tęgi policjant, który nas zatrzymał. Kazał pokazać dokumenty, a gdy dotarło do niego że jesteśmy Polakami wymowny uśmieszek zagościł na jego pulchnej buźce. Wlepił nam mandat po 50 litów ( ok. 60 zł) i powiedział, że trzeba jechać ścieżka rowerową. Nie mam nawet pretensji do stróża prawa, bo robił wszak co do niego należało, jednak dziwne wydaje mi się zakazywanie jazdy rowerami na drodze, gdzie ruch samochodowy jest znikomy. Poza tym, gdybyśmy byli miejscowi, to pewnie by nas puścił bez ukarania. Przez te ceregiele zmarnowaliśmy mnóstwo czasu. Gdy byliśmy w Kłajpedzie dochodziła już dziewiętnasta. Po krótkim namyśle postanowiliśmy jednak jechać dalej, bo przecież noc zapadała po 22. Za cel jazdy wyznaczyliśmy miasto Silute ( o dziwnej polskiej nazwie Szyłokarczma ) odległe ok. 40 km od Kłajpedy. Jechaliśmy w swoim dość ostrym rytmie, ale bez zbytniej nerwowości. Znalazł się nawet czas na spożycie spóźnionego obiadku ( smaczny kotlecik z dodatkami, mniam mniam ). Jak wjeżdżaliśmy do Silute towarzyszył nam piękny zachód słońca. Hotel znaleźliśmy już po zapadnięciu zmroku.
Rano przykra niespodzianka, flaczek w kole roweru Darka. Darek co jakiś czas podpompowywał sobie tylne koło, bo uciekało powietrze. Z reguły wystarczyło zrobić to raz-dwa razy dziennie. Teraz wyglądało to gorzej. Udało nam się zlokalizować sklep rowerowy, gdzie można było kupić nowiutkie dętki. Jak wyjeżdżaliśmy to lekko siąpiło, ale po chwili rozpogodziło się i wraz z upływem godzin było coraz cieplej. Powoli ściągałem z siebie kolejne ciuchy, aż zostałem tylko w spodenkach. Bardzo miłe to uczucie, gdy czuje się wiatr na ciele, a słońce pięknie przypieka. Był to najdłuższy nasz etap. Bardzo dużą część trasy jechaliśmy wzdłuż Niemna, który dostojnie toczył swoje wody. Ładny widok. Trochę zaczęło nam burczeć w brzuchach, kilometry mijały szybko, a żadnej knajpy nie było na horyzoncie. Upał był wielki. Jak to bywa często w takich przypadkach, zaczęło zanosić się na burzę. Najpierw na horyzoncie pojawiły się obłoczki, które ciemniały w oczach. Gdy przejeżdżaliśmy przez miejscowość Vilkija otworzyła się piękna panorama na zakole Niemna. Teraz trochę żałuje, że tam nie stanęliśmy pstryknąć zdjęcia. W dole rzeka, a nad nią dosłownie czarne nabrzmiałe wodą chmury. Znaleźliśmy w końcu restaurację i postanowiliśmy jednak coś zjeść, choć do końca etapu w Kownie było jakieś 20 kilometrów. Gdy wyruszyliśmy w dalsza drogę, zaczęło już kapać. Jechaliśmy dość szybko, by zdążyć przed zmrokiem. Naraz Darek woła, że ma gumę z przodu. No nic zmieniamy. Jedziemy dalej. Naraz Darek woła, że ma gumę z tyłu. Teraz trzeba już lepić. Powolutku zapadają ciemności. Komary przypuszczają dziki atak. Jedziemy dalej. Naraz Darek woła, że znowu ta guma z tyłu. Jesteśmy w ciemnej dupie. Darek klei jeszcze raz. No wreszcie jedziemy. Deszcz zamienia się w ścianę wody. Dojeżdżamy do przedmieść Kowna. Robimy sobie fotkę tablicą nazwy miasta… Wody jest miejscami tyle, jakby wylały rzeki płynące przez miasto: Niemen, Wilia i Nevezis. Przedmieścia ciągną się w nieskończoność. Plączemy się w strugach wody i klniemy dość intensywnie. Po dojechaniu do centrum rozglądamy się za miejscem do spania. Ciężko to idzie, kluczymy i trochę błądzimy. Pytamy się jakiegoś człowieka przemykającego w ciemnościach. W pewnym momencie mija nas samochód, z którego czymś w nas rzucają: najpierw w Darka, potem we mnie. Okazuje się, że to kula zrobiona z mokrego papieru toaletowego. Oryginalny sposób witania przyjezdnych. Docieramy do pierwszego hotelu, ja już prawie ściągam sakwy, a tu nie ma miejsc. Wszystko przemoczone jest już do suchej nitki, mam nadzieję, że rzeczy w sakwach popakowane w reklamówki się jednak nie przemoczyły. Jedziemy dalej. Wreszcie większy hotel. Jakoś nie interesuje nas cena za nocleg. Z ulgą przyjmujemy informację, że są wolne miejsca. Wnosimy rowery. Darek z dziwnym uśmiechem mówi, że w tylnym kole nie ma powietrza. W Kownie dochodzi północ.
Ranek jest zawsze mądrzejszy od wieczoru. Kolejny dzień przynosi słońce i tylko gdzieniegdzie widać kałuże po wczorajszej ulewie. Rzeczy trochę podsuszyliśmy w hotelu, sakwy okazały się nieprzemoknięte. Darek dziarsko bierze się za kolejne klejenie. Kowno to nawet ładne miasto. Pojechaliśmy na starówkę, w kierunku katedry dość urokliwym deptakiem. Przy katedrze w knajpce jemy drugie śniadanko i pijemy kawę. Upiory dnia wczorajszego odeszły wypłoszone przez wesołe słońce. Wyjazd z Kowna odbywał się ruchliwą drogę w towarzystwie spalin i dużych ciężarówek. Tak właściwie według planów z Kowna mieliśmy już jechać do Suwałk, lecz dzięki dłuższym etapom udało nam się wykroić jeszcze dodatkowy etap. Obraliśmy najpierw kierunek południowy do miasta Alytus (Olita), gdzie zjedliśmy obiadek, a potem południowo- wschodni- już do Druskienników. Po drodze znowu lasy i zielone łąki. Flaga Litwy to trzy kolory: żółty, zielony i czerwony. Dla mnie bardziej odpowiednia byłaby: niebieska ( niebo), zielona ( rzeczone lasy i łąki) i czarna ( asfalt pokonywanych dróg ). Tak przynajmniej to widziałem… Do Druskienników dotarliśmy pod wieczór. To ładne uzdrowisko. Hoteli jest niby sporo, lecz w kilku kolejnych, do których zawitaliśmy, brak było miejsc. Jest wreszcie jakiś czterogwiazdkowy! Cóż, raz się żyje. Kwaterujemy się i później robimy zakupy na ostatnią kolację na Litwie. Warto tu wiedzieć, że alkohol ( w tym piwo ) jest tu sprzedawany tylko do godziny 22. Zakaz ten jest skrupulatnie przestrzegany. Pewnie są meliny, ale to nie powinno być tematem opisu na forum rowerowym. My zresztą nic o tym nie wiemy, bo zdążyliśmy przed 22…
Ostatni etap rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo mieliśmy na określoną godzinę dotrzeć do Suwałk, na pociąg. Pogoda była sprzyjająca: ciepło, niebo bezchmurne. Humory też dopisywały. Od razu zrezygnowaliśmy z wariantu jazdy krótszą trasą, bo dróżki na mapie były podejrzanie białe ( pewnie szutrowe, a my tego szutru mieliśmy po dziurki w nosie). Wyruszyliśmy zatem w kierunku północno- zachodnim. Był ostatni rzut oka na Niemen, potem parę wiosek i już Lazdijaj, za którym spożyliśmy ostatni posiłek na Litwie. Na granicy w Ogrodnikach raczej ruch nie był duży. W drodze do Suwałk przejechaliśmy przez Sejny ( „litewskie” miasto w Polsce, bo mieszka tu ich sporo i mają ponoć do niego niejaki sentyment) i Wigierski Park Narodowy ( był krótki postój nad jedną z odnóg Wigier). Na widok tablicy z napisem „Suwałki” w myśli przebiegłem przez wszystkie te nasze przejechane kilometry. Coś się kończyło, lecz może nie po raz ostatni wyruszyliśmy w trasę. Przy tablicy było obowiązkowe zdjęcie z gestem zwycięstwa. Przed podróżą pociągiem posililiśmy się w McDonaldzie. Do Warszawy jechaliśmy z Darkiem wspólnie, potem rozstaliśmy się, a ja poczekałem sobie dwie i pół godzinki na swój pociąg. W Jaworzynie Śląskiej byłem w niedzielę 6 czerwca rano. Czekał mnie jeszcze 10-kilometrowy szpurt do domu, do Świdnicy.
Na koniec jeszcze parę uwag. Warto przemierzać obce kraje na rowerze. Widać wtedy wszystko jak na dłoni. Można stanąć w dowolnym miejscu. Można poczuć świeżość nowych tras, które przynajmniej dla mnie są czymś godnym poświęceń. Szkoda tylko, że Rosja i Białoruś nie są praktycznie dostępne. Są tam wymagane wizy, których uzyskanie związane jest z przejściem żmudnej procedury. Wtedy trasę można byłoby jeszcze bardziej uatrakcyjnić ( np. przejechać całą Mierzeję Kurońską i dotrzeć do Kaliningradu). Może kiedyś…
Drogi litewskie są niezłe ( nie licząc tych z nawierzchnią szutrową, rzecz jasna), niestety kierowcy nie traktują rowerzystów z równorzędnych partnerów na drodze. Bywały sytuacje, że wyprzedzali „na trzeciego” jadąc wprost na nas, niekiedy trąbili bez uzasadnienia, często wymuszali pierwszeństwo. Rowerzystów spotkaliśmy niewielu, głównie miejscowi jeździli od wioski do wioski. Tylko raz minęliśmy prawdziwego sakwiarza. Obładowany był rzeczywiście imponująco… Mimo tego zachęcam do odwiedzenia kraju nad Niemnem i Wilią.
Mojemu kompanowi dziękuję za udany wyjazd. Czołem, Darek!




  • DST 178.20km
  • Czas 06:56
  • VAVG 25.70km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...Litwa

Poniedziałek, 31 maja 2010 · dodano: 04.01.2012 | Komentarze 0

Litwa etap III




  • DST 133.90km
  • Czas 06:17
  • VAVG 21.31km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...Litwa

Niedziela, 30 maja 2010 · dodano: 04.01.2012 | Komentarze 0

Litwa-etap II




  • DST 198.60km
  • Czas 09:03
  • VAVG 21.94km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...Litwa

Sobota, 29 maja 2010 · dodano: 04.01.2012 | Komentarze 0

Jazda po Litwie przeszła do historii. Najpierw coś planujemy, potem jest realizacja, a potem już tylko wspomnienia. No ale nie ma co narzekać, można przecież planować nowe trasy. Z jazdy po Litwie zapamiętałem najbardziej długie odcinki prostych dróg przebiegające przez lasy pachnące żywicą. Ale po kolei. Najpierw może parę danych statystycznych dla poszczególnych etapów:

1) 29.05.2010 r. : Wilno-Visaginas – 198,6 km ( w tym zaliczyłem odcinek dojazdowy po Polsce z dnia 27.05.2010r. oraz rowerowe zwiedzanie Wilna w dniu 28.05.2010r., w sumie ok. 26 km),
2) 30.05.2010 r. : Visaginas-Daugavpils (Łotwa)-Rokiskis – 133,9 km,
3) 31.05.2010 r. : Rokiskis-Ginkunai – 178,2 km ( z godną podkreślenia prędkością średnią 25,6 km/h),
4) 01.06.2010 r. : Ginkunai-Kłajpeda - 191,9 km,
5) 02.06.2010 r. : Kłajpeda-Nida-Kłajpeda-Silute - 185,8 km,
6) 03.06.2010 r. : Silute-Kowno : 200,6 km,
7) 04.06.2010 r. : Kowno – Druskienniki – 145,8 km,
8) 05.06.2010 r. : Druskienniki – Suwałki – 115,5 km ( w tym ok. 10 km zrobione już 06.06.2010r. – dojazd z pociągu do domu w Świdnicy).

Pozostałe dane:
- uczestnicy ( dramatis personae) – sztuk dwie ( Kawa- Darek, Roddos-Tomek),
- rowery: mój Senor Rrowerr El Zdechlaco ( masa ok. 13 kg plus sakwy z zawartością ok. 8 kg), Darka- trekkingowy, bez nazwy własnej ( masa roweru z bagażem podobna chyba do mojego),
- łączny dystans 1350,3 km ( w tym 1200 po Litwie, 80 po Łotwie, 70 po Polsce i jeden nielegalny krok na Białoruś),
- łączny czas jazdy 59:39 h,
- średnia prędkość 22,64 km/h,
- średnio na etap 168,8 km.

Moja jazda rozpoczęła się 27 maja pod wieczór. W tym dniu zdawałem także egzamin na prawo jazdy. Egzamin oblałem, ale po krótkiej fazie zdenerwowania z tego powodu, przyszło odprężenie. Spakowałem sakwy metodą eliminacji rzeczy. Polega ona na tym, że najpierw wykłada się wszystkie rzeczy, które chce się zabrać. Wychodzi tego ze 30 kg. Potem po kolei odrzuca się te z nich, które na początku wydawały się niezbędne, lecz potem dochodzi się do wniosku, że jakoś można się bez nich obyć. Ja zabrałem kilka kompletów strojów rowerowych ( wszak trzeba jakoś wyglądać w obcych krainach), przyrządy toaletowe ( sprzęt do golenia uznałem w końcu za niekonieczny i w trakcie jazdy zarastałem sobie powoli ), bieliznę, trochę odzieży „cywilnej”, laminowaną mapę, klucze do roweru, dętki, łatki. Z domu wyjechałem po dwudziestej. Z balkonu machały mi dwie moje Panie… Pogoda była prawdziwie majowa. Mieszkam w Świdnicy, pociąg natomiast odjeżdżał z jaworzyna Śląskiej. Noc w pociągu do Warszawy minęła na drzemaniu i słuchaniu mojej ulubionej muzyczki. Ulokowałem się przy przedziale do przewozu rowerów i Zdechlaka miałem cały czas na oku ( jeśli było otwarte…). W stolicy zameldowałem się wczesnym rankiem dnia następnego, tu dołączył do mnie Darek. Kolejna podróż koleją przebiegła dość szybko, bo wreszcie spokojnie można było się przespać. Pociągiem dojechaliśmy już na Litwę, do miejscowości Mockawa. Stąd parę kilometrów autobusem do Szestokai, gdzie czekał już pociąg do Wilna. Jechaliśmy III klasą, bo innej nie było, ale nie było tak źle. Na Litwie obowiązuje czas wschodnioeuropejski, czyli o godzinę przesunięty do przodu w stosunku do naszego. Wyniknęły z tego same korzyści, zmierzch nadchodził po 22 ( zatem mieliśmy dużo czasu na spokojną jazdę), poza tym jedną godzinę odzyskaliśmy w trakcie ostatniego etapu, kiedy nieco spieszyliśmy się na pociąg do Suwałk.
W Wilnie byliśmy po godz. 18. Chwilę szukaliśmy noclegu. Znaleźliśmy go blisko dworca i wileńskiej starówki w dość spokojnym hostelu. Zrzuciliśmy sakwy i rowerami pojechaliśmy na kolację i zwiedzanie stolicy Litwy. Najpierw była wizyta w Ostrej Bramie, jak się okazało w ostatniej chwili udało nam się zobaczyć obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, bo o godz. 19 jest on zasłaniany. Potem było łapczywe spożywanie cepelinów i dalszy objazd Wilna. Zobaczyliśmy znane kościoły, pomniki ( w tym niejakiego Adamasa Mickieviciusa, znacie takiego..?), cmentarz na Rossie. Sen po powrocie do hostelu przyszedł bardzo szybko.
Pierwszy dzień jazdy rozpoczął się w deszczu. Rzuciliśmy parę przekleństw, lecz co było zrobić. Zacisnąć zęby i wsiadać na rower. Obraliśmy kierunek północno- wschodni. Wilno skończyło się szybko, a deszcz się niestety wzmagał. Po dojechaniu do tablicy z napisem „Vilnius”, która jest oddalona od centrum miasta od kilkanaście kilometrów i zrobieniu sobie z nią obowiązkowej fotki, deszcz niespodziewanie ustał. Przejeżdżaliśmy obok zielonych łąk, przez zielone lasy. Droga była płaska i wiatr też trochę pomagał. Mijaliśmy jeziora, rzeczki i podmokłe pola. Boćki z czerwonymi nogami przechadzały się po niwach, przerażone ich obecnością żaby rechotały wniebogłosy, na postojach od razu atakowały komary, co zwłaszcza było interesującym widokiem dla postronnego obserwatora w trakcie postoju na siku. Z minuty na minutę zaczęło robić się cieplej. Powoli ściągaliśmy zakładane rano kurtki i inną grubsza odzież. Kilometry uciekały szybko, śmignęliśmy przez Auksztocki Park Narodowy, przez Ignalia znane z położonej w pobliżu elektrowni atomowej, dojechaliśmy do miejscowości Dukstas, gdzie pierwotnie miał być nocleg. Okazało się, że miasteczko ( wioska?) nie ma żadnej bazy noclegowej i musieliśmy jechać dalej. Po kilkunastu kilometrach dotarliśmy do Visaginas – jak się okazało miasta o charakterze turystycznym ze względu na pobliskie jeziora. Ulokowaliśmy się w miejskim hotelu z czasów Breżniewa. Łazienki z wyszabrowanymi kafelkami tudzież inny bałagan ( nazywając rzecz w sposób eufemistyczny) specjalnie nas nie zraziły. Hotel miał za to ewidentną zaletę: był tani. Cieszyliśmy się z udanego początku wyprawy. Omówiliśmy parę ewentualnych zmian do pierwotnego planu ( zachciało nam się dotrzeć do Druskiennik, które nie były planowane, co wymagało jednak zmiany przebiegu trasy i wygospodarowaniu sobie dodatkowego dnia jazdy kosztem zwiększenia długości poszczególnych etapów). Zrobiliśmy zakupy na kolację i śniadanie następnego dnia i poszliśmy spać. Przed snem jednak w nagrodę za niezła jazdę nagrodziliśmy się skosztowaniem miejscowego piwa.
Drugi dzień jazdy był dniem międzynarodowym. Zaczęliśmy rzecz jasna na Litwie, po ok. 20 kilometrach dotarliśmy do rozstaja dróg i tablicy z napisem ( po translacji ) „Białoruś 2,5 km”, „Łotwa 2,5 km”. Najpierw leśną drogą udaliśmy się do granicy białoruskiej. Minęliśmy parę tablic ostrzegających, by nie poruszać się dalej. Zignorowaliśmy je. W końcu dotarliśmy do chaszczy uniemożliwiających dalszą jazdę. Pozostawiliśmy rowery w krzakach i po przejściu ok. 200 m stanęliśmy na granicy. Były tam kiedyś pewnie zasieki i trzymetrowy pas zaoranej ziemi, po którym teraz pozostała zarastająca trawą i małymi krzewami przecinka w lesie. Bór żył swoim życiem. Nie było żywego ducha. Najpierw trochę spoglądaliśmy dookoła wypatrując dzielnych żołnierzy z karabinami gotowymi do strzału. Nikogo takiego jednak nie było, zatem ośmieleni i rozzuchwaleni zaczęliśmy sobie pstrykać zdjęcia ze słupkami granicznymi. Rowerów nikt nie buchnął, a więc mogliśmy jechać dalej. A za kilka kilometrów była już Łotwa. Trochę się zdziwiliśmy widząc posterunek graniczny i będąc obiektem kontroli Łotyszy. Czyżby Łotwa wystąpiła z Schengen? Cóż, w końcu się nie czepiali i mogliśmy wjechać. W okolicach pogranicza drogi były szutrowe. W głąb Łotwy przez następne paręnaście kilometrów też jechaliśmy taką drogą. Z sakwami dość kiepsko się po czymś takim sunie. W dodatku w nawierzchni były dziwne żłobki utworzone chyba na skutek opadów deszczu, po których jechało się jak po tarce. Drgania były takie duże, że odkręciła mi się jedna śrubka od bagażnika, co zresztą stwierdziłem dopiero następnego dnia. Na Łotwie celem było jedno z większych miast – Daugavpils ( polska nazwa- Dyneburg, bo miasto to kiedyś należało do Polski). Położone jest ładnie nad Dźwiną. Wymieniliśmy trochę pieniędzy. Za otrzymane parę moniaków ( coś 3 łaty ) kupiliśmy nawet sporo rzeczy, głównie płynów, bo pogoda stawała się coraz bardziej słoneczna. Spory odcinek jechaliśmy potem wzdłuż Dźwiny i mogliśmy oglądać jej powolny i leniwy nizinny nurt. Gdy znowu zobaczyliśmy przed sobą nawierzchnię szutrową miny trochę nam spochmurniały ( w przeciwieństwie do pogody, która była coraz bardziej upalna ). Drogę jakoś udało nam się przejechać, ja głośno odliczałem pozostałe kilometry szutru. Z ulgą przywitaliśmy czerń asfaltówki, a w szutry więcej się już nie wdawaliśmy. Niech żyje poczciwy asfalcik! Do granicy litewskiej było coraz bliżej, a nam burczało już w brzuchach. Po wjeździe do kraju Witolda postój zrobiliśmy w ładnej knajpce, na którą przebudowano dawny wiatrak. Tutaj wspomnę o jedzeniu w trakcie jazdy. Przy dość sporej liczbie pokonywanych codziennie kilometrów trzeba jeść. W przeciwnym wypadku nogi robią się jak z waty, w płucach hula wiatr, a przed oczami pojawiają się wielkie mroczki. Jedliśmy zatem dużo i często. Z reguły śniadanie było w hotelu. Szwedzki stół wymiataliśmy dość skrupulatnie. Po jakichś 50-60 kilometrach było drugie śniadanie ( miejscowe specjały: cepeliny, bliny lub kartacze lub coś z kuchni ogólnej). Po kolejnych 70-80 km – obiad. Tutaj sobie nie żałowaliśmy. Spore porcje mięcha i dodatków. W hotelu – po zakończeniu etapu- kolacja zrobiona we własnym zakresie z artykułów kupionych w sklepie. W międzyczasie podjadaliśmy batoniki i piliśmy płyny. Po powrocie do domu ze zdziwieniem stwierdzałem, że nie schudłem nawet o jeden kilogram, co przy takim intensywnym wysiłku powinno się zdarzyć. Kuchnia litewska jest zatem dobra dla rowerzystów. Drugi dzień wyprawy zakończyliśmy w Rokiszkach ( Rokiskis ), a nocleg mieliśmy w nowym ( i co tu kryć dość drogim ) hotelu „Pagunda”.
Trzeci dzień jazdy rozpoczął się od niezłej pogody oraz ostrego wiatru w plecy. Po przejechaniu z 5 kilometrów – kapeć z tyłu. Trzeba ściągać sakwy i wymieniać dętkę. Sprawdziłem oponę, a w niej znalazłem trzycentymetrowy kawał metalu. Wymiana poszła szybko i nie zwlekając puściliśmy się dalej w trasę, by wykorzystać naprawdę sprzyjający wiatr. Na 60 kilometrze pogoda się zepsuła, najpierw zaczęło się chmurzyć, potem siąpić, a jak wjeżdżaliśmy do Poniewieży ( Ponevezys ) dopadła nas ściana wody. Opady przeczekaliśmy w knajpie jedząc bliny ( drugie śniadanie, hehe ). Dalsza jazda była co prawda już bez deszczu, lecz po śliskiej drodze. Efektem tego był mój upadek podczas przejeżdżania przez tory. Trochę się potłukłem, lecz można było jechać dalej. Bez dalszych przygód dotarliśmy do celu, którym pierwotnie miało być miasto Szawle ( Siauliai ), lecz ostatecznie zatrzymaliśmy się w miłym hoteliku w miejscowości Ginkunai ( ok. 2 km przed Szawlami ). Dojazd do Druskienników stawał się coraz bardziej realny, gdyż w tym momencie wyprzedzaliśmy już plan o ok.80-100 km.




  • DST 133.70km
  • Czas 05:25
  • VAVG 24.68km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...

Niedziela, 23 maja 2010 · dodano: 03.01.2012 | Komentarze 0

Świdncia-Wałbrzych-Zabkowice Śl.-Nysa.




  • DST 102.40km
  • Czas 04:00
  • VAVG 25.60km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...

Piątek, 21 maja 2010 · dodano: 03.01.2012 | Komentarze 0

Świdnica-Wiry-Łagiewniki-Sobótka-Domanice-Żarów-Jaworzyna Śl.-Świdnica.




  • DST 110.70km
  • Czas 04:25
  • VAVG 25.06km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...

Sobota, 15 maja 2010 · dodano: 03.01.2012 | Komentarze 0

Świdnica-Strzelin-Oława-Wrocław.
Na brydża do znajomych...




  • DST 84.80km
  • Czas 03:25
  • VAVG 24.82km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...

Piątek, 14 maja 2010 · dodano: 03.01.2012 | Komentarze 0

Pląsy wokół Świnicy,Dzierżoniowa i Wałbrzycha...




  • DST 112.00km
  • Czas 04:29
  • VAVG 24.98km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...

Niedziela, 9 maja 2010 · dodano: 03.01.2012 | Komentarze 0

Świdnica-Środa Śl.-Świdnica.




  • DST 123.80km
  • Czas 05:12
  • VAVG 23.81km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

uzupełnienie po dwóch latach...

Piątek, 7 maja 2010 · dodano: 03.01.2012 | Komentarze 0

Świdnica-Wałbrzych-Nowa Ruda-Przełęcz Srebrna-Bielawa-Świdnica.