Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi RODDOS z miasteczka Wałbrzych. Mam przejechane 322880.90 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 22.58 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 0 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy RODDOS.bikestats.pl

Archiwum bloga

Impreza i praca. Środa Śl.

Niedziela, 21 czerwca 2020 · dodano: 21.06.2020 | Komentarze 0

Ostatnie mocne opady skutecznie zniechęcały do jazdy. Zresztą miałem inne zajęcia: w piątek impreza urodzinowa, a w sobotę odkładana od jakiegoś czasu praca. Choć tak na dobrą sprawę jazda na rowerze to niezła impreza i praca. A więc poprzednie dni w tym sensie nie zostały zmarnowane…

Przez te dwa dni lało jakby deszcz wcale nic sobie nie robił z przepowiedni o suszy, którymi raczono nas na początku wiosny.

Dziś rano za oknem krajobraz był przygnębiający. Ciężkie chmury skłębiły się tuż nad dachami domów, świat był ponury i deszczowy. Drzewa bujały się chłostane wiatrem. Odechciewało się wyjść na zewnątrz. Już nawet w umyśle podjąłem decyzję, że zostaję w domu. Nieco mnie to dołowało, bowiem na rowerze nie byłem od kilku dni. W końcu jednak około południa, jakby zaczęło się wypogadzać. Przynajmniej nie padało. Szybko wymyśliłem sobie dość krótką trasę i już za chwilę siedziałem na rowerze.

Początek lata nie przyniósł dobrej aury. Podczas całej mojej dzisiejszej jazdy nad głową wisiały mi brzydkie deszczowe obłoki. W plecaku wiozłem kurtkę przeciwdeszczową, lecz w końcu nie musiałem jej użyć. Patrząc na niebo można było się nieźle zestresować, wyglądało tak jakby za chwilę miała z niego wylać się wielka ilość wody. Tymczasem deszczu nie było. Co jakiś czas w powietrzu rozpylała się dziwna wilgoć, ale o konkretnych opadach nie było mowy. Hulał za to wiatr, raz pomagał, raz hamował, normalka. Na trasie prawie wcale nie było kolegów na dwóch kółkach. Pewnie wystraszyli się złych prognoz…

Drugi raz w sezonie wybrałem się do Środy Śląskiej. Żeby uniknąć monotonii, wymyśliłem sobie wariacje trasy. Zarówno na początku jak i na końcu jazdy trochę polawirowałem po okolicy. Cóż, żadnych dziewiczych miejscowości nie było. W Świdnicy Polskiej zajrzałem do sklepu. Pani ekspedientka spytała mnie dokąd jadę w taką kiepską pogodę. Odpowiedziałem jej, że do Świdnicy. Gdy przypomniałem sobie, gdzie jestem, doprecyzowałem: „ do normalnej Świdnicy, nie do Polskiej”. Do domu miałem wtedy około 50 kilometrów.

Do Świdnicy („normalnej”) dotarłem przed osiemnastą. Ssało mnie straszliwie. Szybko przygotowałem sobie michę makaronu. Spożywałem go oglądając kolejny odcinek „Lalki”… Chyba jeden z lepszych filmów w ogóle…

Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Tomkowa-Jaworzyna Śl.-Czechy-(po raz trzeci, ale tym razem to nie kraj, tylko wioska pod Jaworzyną Śl.)-Pastuchów-Łażany-Zastruże-Gościsław-Jarosław-Cesarzowice-Ciechów-Środa Śl.-Świdnica Polska-Pełcznica-Kąty Wrocławskie-Nowa Wieś Kącka-Stróża-Paździorno-Bogdanowice-Imbramowice-Domanice-Stefanowice-Wilków-Niegoszów-Świdnica.




Czeska repeta. Trutnov

Środa, 17 czerwca 2020 · dodano: 17.06.2020 | Komentarze 0

Wziąłem sobie dziś dzień urlopu z przeznaczeniem na rowerowy wyjazd. Postanowiłem przy tym znowu wybrać się do Czech. Skoro słabo czuję się na podjazdach, wymyśliłem sobie na przełamanie, że dzisiejsza jazda będzie trudnym górskim wyzwaniem. Cała trasa składała się ze sporej liczby interwałowych podjazdów. Poszło dość dobrze, lepiej niż się spodziewałem.

W Trutnovie spożyłem obiad. Przezornie wziąłem czeskie korony, które od kilku miesięcy leżały w specjalnym koszyczku. Knedliki i gulasz smakowały wspaniale. Zamówiłem sobie też piwo Krkonos. W pewnym momencie, gdy je sączyłem, zorientowałem się, że przy sąsiednim stoliku zasiadło czworo czeskich policjantów (trzech facetów i dziewczyna). Coś tam grzebałem w telefonie i jakoś fakt ich nagłego, pojawienia się mi umknął. Akcja działa się na wolnym powietrzu, a przy innych stolikach było mnóstwo ludzi. Byli też cykliści raczący się browarami. Policjanci zamówili jedzenie i nie interesowali się rowerzystami pijącymi piwo (w tym mną). No i dobrze, jedno piwko do obiadu to przecież nie zbrodnia.

Na setnym kilometrze (już z powrotem w Polsce) złapał mnie spory deszczyk. Miało u nas nie padać, zatem nie miałem żadnej ochrony przed wodą lejącą się z nieba. Chwilę przystanąłem pod wiatą, ale w końcu ruszyłem dalej. Deszcz lał dość konkretnie, ale było ciepło i można było jakoś to przetrzymać.

Po kilkunastu minutach opady ustały i ładnie wyszło słońce. Gdy przyjechałem do domu, okazało się, że rower jest brudny, ma zapiaszczony napęd i wymaga czyszczenia. Do niedzieli raczej się nie wybiorę na rower, bo mam sporo innych zajęć. Ruszyło mnie sumienie i od razu wypucowałem swój rower. W niedzielę będzie gotowy do jazdy.


Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Lubachów-Jez. Bystrzyckie (tama)-Jugowice-Głuszyca-Unisław Śl.-Mieroszów-Zdonov-Adrspach-Chvalec-Trutnov-Libec-Kralovec-Lubawka-Chełmsko Śl.-Krzeszów-Grzędy-Czarny Bór-Jaczków-Stare Bogaczowice-Cieszów-Świebodzice-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica.




Otwarcie Czech. Teplice nad Metuji

Poniedziałek, 15 czerwca 2020 · dodano: 15.06.2020 | Komentarze 0

W połowie XIX wieku nastąpiło tzw. „otwarcie Japonii”. Dziś nastąpiło otwarcie Czech. O ile to pierwsze wydarzenie jest ciekawostką historyczno-obyczajową, o tyle to drugie ma dla mnie swój namacalny wymiar. Oto wreszcie po trzech miesiącach można pokręcić po kraju naszych sąsiadów. Daje mi to znacznie większe możliwości komponowania ciekawszych tras, a poza tym jazda po Czechach zawsze sprawiała mi przyjemność. Zjeździłem je wzdłuż i wszerz, a swoją pierwszą rowerową wycieczkę też odbyłem do tego kraju, było to 18 lat temu na podobniej trasie do dzisiejszej.

Rano szybko przeprawiłem się do pracy. Po sobotnich duchotach z lubością przyjąłem nieco bardziej rześką aurę. Jechałem już na krótko, bo w końcu nawet rano było ponad 10 stopni.

Popołudniową jazdę rozpocząłem do przebicia się przez Wałbrzych, na południe. Ciągle w centrum miasta trwają wielkie prace związane z budową obwodnicy miasta. Ruch samochodowy piętrzy się, a drogi są zakorkowane. Rowerem jednak można jakoś przelawirować. Kierunek czeski obrałem pokonując podjazd przez wałbrzyski Gaj. Niby już parametry czasowe mojej jazdy pokazują, że idzie mi to nie najgorzej, ale jednak na podjazdach nie czuję lekkości. Cóż zrobić, trzeba się powoli do tego przyzwyczajać.

Granicę czeską przekroczyłem przejściem Mieroszów-Zdonov. Myślałem, że może jakieś służby jeszcze tam czuwają. Ale gdzie tam! Tak jak dawniej nikt nie kontroluje granicy. Z ciekawością patrzyłem na Czechy. Trasą tą przejeżdżałem może z dwieście razy (a może nawet i więcej), ale dziś widoki pochłaniałem z dużym zainteresowaniem. W Teplicach nad Metuji stanąłem przed zagrodzoną drogą główną i znakiem „zakaz wjazdu”. Droga została wyremontowana i przez barierkę było widać piękny nowy asfalt. W Polsce pewnie pojechałbym pod ten zakaz, ale w Czechach już nie śmiałem. Tamtejsza policja nie toleruje takich naruszeń przepisów, a ja jakoś nie miałem ochoty na ewentualne tłumaczenia. Miałem przez to okazję pojechać objazdem przez wyżej położoną część miasta. Jechałem tamtędy pierwszy raz w życiu. Objazd o dziwo okazał się skrótem. Szczerze mówiąc na rowerze nie lubię sobie skracać drogi, wolę nawet coś nadłożyć, aby wyszło więcej kilometrów. Ale co zrobić!? Następnym razem, gdy będę tamtędy przejeżdżała, droga będzie pewnie już otwarta…

Do domu przyjechałem po dziewiętnastej, zadowolony z jazdy.

Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-(Gaj)-Mieroszów-Zdonov-Teplice nad Metuji-Mezimesti-Mieroszów-Unisław Śl.-Wałbrzych (Glinik)-Rybnica Leśna-Głuszyca-Jez. Bystrzyckie (tama)-Lubachów-Bystrzyca Dolna-Świdnica.




Szlifowanie bruków. Legnica

Sobota, 13 czerwca 2020 · dodano: 13.06.2020 | Komentarze 0

Na drugą część dnia zapowiadano istny armagedon. A więc wyjechałem dosyć wcześnie, bo nieco po siódmej. Wiosna dziś ustąpiła i pojawiło się upalne lato. Od rana czuło się skwar. Było bardzo wilgotnie i duszno. Miałem wrażenie, że jadę nad wielkim garnkiem, w którym gotuje się woda. Gorące wyziewy unosiły się z dołu, a ja ledwo oddychałem w tym oparze. Poza tym słońce z góry piekło niemiłosiernie. Lubię ciepło, ale dziś zamiast niego była duchota.

Wczoraj opracowałem szczegółowy plan jazdy. Dziś go dokładnie zrealizowałem. To lubię. Czekało na mnie kilkanaście dziewiczych miejscowości w powiecie legnickim. Do Legnicy nie za bardzo lubię jeździć. Okoliczne wsie charakteryzują się tym, że zostawiono tam straszne bruki. Na kolarzówce pokonuje się je z wielkim trudem. Czasem są chodniki, ale nie zawsze. Poza tym jak już jest asfalt, to można go opisać jako dziura na dziurze i łata na łacie.

Gorąc był straszliwy. Parę razy stanąłem przy sklepie, by kupić coś zimnego do picia.

Jeszcze 15 kilometrów przed domem niebo było ładne i błękitne, ale zaczęło szybko czarnieć. Gdzieś niedaleko zaczęły walić grzmoty. Udało mi się zdążyć przed ulewą…


Dzisiejsza trasa (dziewicze miejscowości wytłuściłem)
Świdnica-Niegoszów-Domanice-Imbramowice-Pyszczyn-Gościsław-Udanin-Księżyce-Mierczyce-Lubień-Biskupice-Raczkowa-Czarnków-Małuszów-Mąkolice-Koiszków-Nowa Wieś Legnicka-Złotniki-Legnica-Babin-Kozice-Janowice Duże-Tyńczyk Legnicki-Winnica-Jawor-Roztoka-Dobromierz-Szymanów-Olszany-Stanowice-Stary Jaworów-Milikowice-Komorów-Witoszów Dolny-Świdnica




W Góry Sowie miły bracie. Przełęcz Walimska

Wtorek, 9 czerwca 2020 · dodano: 09.06.2020 | Komentarze 0

Wczoraj wymieniłem tylna oponę. Zbadałem starą od wewnątrz. Niby przetarcia widoczne na wierzchu nie przebijały opony na wylot, ale wolałem już nie ryzykować. Taka wyświechtana opona bardzo szybko łapie małe ziarenka piasku, które przedostają się do wewnątrz i dziurawią dętkę. Guma na trasie to nie pierwszyzna, ale nie jest to coś miłego i warto nie kusić losu. Przy okazji ładnie wyczyściłem rower. Po ostatniej jeździe w deszczu nieco oblepił go piach.

Rano do pracy jechałem jakoś bezwiednie. Niby nie było zimno, ale dzień był niezbyt ładny. Piętrzyły się chmury i było ponuro. Nie wiedzieć kiedy zameldowałem się w Wałbrzychu. Osiem godzin upłynęło szybko. Umówiłem się ze swoim kolegą, który serwisuje mi rower, na wymianę łańcucha. Poprzednim dobiłem do kolejnych dwóch tysięcy przebiegu i zgodnie ze swoją zasadą, by wydłużyć żywotność napędu, zamieniłem go na drugi. Dzięki takiej sztuczce, czyli kolejnych naprzemiennych wymianach  dwóch łańcuchów, napęd wytrzymuje zacznie dłużej. Dlaczego tak się dzieje, nie wiem. I prawdę mówiąc jakoś mnie to nie obchodzi. Mógłbym sam wymienić sobie łańcuch, ale nie chciało mi się z tym babrać. Przy okazji kolega sprawdził mi ustawienie napędu i przerzutek. Serwis kolegi znajduje się w Wałbrzychu, może 1,5 kilometra od mojej miejsca mojej pracy.

Po południu wyruszyłem na Przełęcz Walimską. Po raz drugi w tym roku, ale tym razem od drugiej strony, od Pieszyc. Wjazd jest trudniejszy, a zjazd nie daje radości, bo droga jest w złym stanie, a poza tym są trzy odcinki kiepskiej kostki, ostatni prowadzący do samego Walimia ma ze dwa kilometry i naprawdę trzeba uważać, by się nie wywalić. Zawsze na tym zjeździe klnę i obiecuję sobie, że więcej się tędy nie wybiorę. Kostka w wielu miejscach była mokra, co kazało dodatkowo natężyć zmysły i naciskać na klamki. W pewnym momencie spojrzałem na licznik i stwierdziłem, że moja prędkość jest niższa niż na podjeździe. Rzadki przypadek…

Żeby zrealizować swoje zamierzenia musiałem dwukrotnie przejechać ten sam odcinek Jugowice-Bystrzyca Górna, najpierw kierując się dalej na Pieszyce, a drugi raz już skręcając do domu.

Spory odcinek dojazdowy do Świdnicy jechałem przy Bystrzycy. Rzeka ta ostatnio leniwie się snuła i już prawie wysychała. Dziś pokazała swoje prawdziwe oblicze. Po sporych opadach poziom wody się podniósł, nurt stał się żwawszy, tworzyły się wiry i uskoki wodne. Prawdziwa bystrzyca…

Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Wałbrzych-Dziećmorowice-Olszyniec-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Bystrzyca Górna-Bojanice-Pieszyce-Rościszów-Przełęcz Walimska-Walim-Jugowice-Jez. Bystrzyckie (tama)-Bystrzyca Górna-Burkatów-Świdnica).




Skrócona trasa. Świdnica-Leszno

Sobota, 6 czerwca 2020 · dodano: 06.06.2020 | Komentarze 0

Wybrałem się na dłuższą trasę. Postanowiłem dotrzeć do Kościana. Miasto to położone w województwie wielkopolskim już kilka razy było celem moich wycieczek. Na rowerze kręciłem już przed siódmą, chciałem bowiem zdążyć na pociąg, a ten odjeżdżał po siedemnastej. Założyłem przy tym nieco kręcenia i lawirowania, chciałem bowiem dotrzeć do kilku dziewiczych miejscowości.

Nieco przeszarżowałem i w trakcie jazdy musiałem znowelizować swoją trasę. Do kilku dziewiczych miejscowości dotarłem, sporo jednak pozostało nadal niezdobyte. Przede wszystkim jednak zamiast do Kościana, dobrnąłem do Leszna. Okazało się bowiem, że miałbym pewne kłopoty ze zdążeniem na pociąg, a bilet miałem już kupiony. Skrócenie trasy do Leszna dało mi szansę złapania tego pociągu. Miałem nawet z godzinkę czasu i zjadłem obiad w przydworcowej knajpie. Kotlet schabowy był kiepski, ale i tak pochłonąłem go łapczywie.

Dwa razy na trasie złapał mnie deszcz. Nie był jakiś straszny i moja kurtka wieziona dotąd w plecaczku spełniła swoją rolę.

Zaliczone nowe miejscowości: Głobice, Żabin, Wągroda, Karów, Świerczów, Bartodzieje (powiat górowski), Dębowa Łęka, Długie Nowe, Długie Stare, Trzebiny, Piotrowice i Święciechowa (powiat leszczyński). Trasa przebiegła przez trzy województwa.

W trakcie jazdy zauważyłem, że tylna opona jest szpetnie przetarta. Jutro zatem jej wymiana oraz czyszczenie roweru.

Pociągami dotarłem do Jaworzyny Śl. Stąd już musiałem 10 km przekręcić na rowerze, bowiem nie ma już o tej porze pociągów do Świdnicy. Zbierało się na deszcz i gdzieś w oddali błyskało, ale dotarłem do domu bez zmoczenia. Zapadł zmierzch, a moja przednia lampka spisała się znakomicie.

Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Niegoszów-Domanice-Mietków-Kostomłoty-Ciechów-Środa Śl.-Lubiatów-Klęka-Brzeg Dolny-Stobno-Wołów-Boraszyn-Ścinawa-Buszkowice-Chobienia-Luboszyce (tu jechałem mimo zakazu ruchu na nowo odremontowanej drodze)-Bełcz Wielki-Świerczów-Bartodzieje-Niechlów-Łękanów-Wschowa-Długie Stare-Święciechowa-Leszno (no i z pociągu Jaworzyna Śl.-Świdnica).




Zapach lawendy. Sobótka

Środa, 3 czerwca 2020 · dodano: 03.06.2020 | Komentarze 0

Po wczorajszych opadach dziś zapowiadano ładny dzień. Gdy rano wstałem i wyjrzałem przez okno, na dworze nie wyglądało wcale tak pięknie. Mokre chodniki i ulice oraz spore zamglenie nie zachęcały do jazdy. Nawet przez chwilę miałem zamiar z powrotem walnąć się do łóżka i pospać ze trzy kwadranse.

W końcu jednak wyjechałem. W pracy ze zdziwieniem odczytałem wskazanie licznika. Rekordowy czas dojazdu w tym sezonie: 52:23.

W ciągu dnia ładnie się przejaśniło. Gdy wyjeżdżałem z pracy o 15:30 był błękit i słońce. No ale wcale nie było tak ciepło.

Wybrałem się do Sobótki. Trasa dość sztampowa, raczej płaska, z paroma podjazdami. Kilka razy poczułem dojmujący zapach lawendy. Uważam że to najpiękniejszy naturalny aromat na tej planecie. Z narkotyczną lubością wdychałem te opary. Świat stał się piękniejszy.

Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Pogorzała-Wałbrzych-Dziećmorowice-Lubachów-Bojanice-Lutomia Dolna-Mościsko-Książnica-Kiełczyn-Jaźwina-Słupice-Oleszna-Przełęcz Sulistrowicka-Księginice Małe-Przezdrowice-Sobótka-Biała-Marcinowice-Wilków-Jagodnik-Świdnica.




Prezent na dzień dziecka. Kamienna Góra

Poniedziałek, 1 czerwca 2020 · dodano: 01.06.2020 | Komentarze 2

Czerwcowy poranek był chłodny. Kiedyż wreszcie przyjdzie ocieplenie? Ponoć maj był najzimniejszy od 30 lat. Jakoś podupadłem na formie. Podjazdy znowu mnie męczyły, a oddech stawał się płytki i świszczący. Może złapałem koronawirusa? A może to już starość? Nie wiem, co gorsze?

Po pracy niby wjechałem w słońce, ale było dalej dość zimo, a mocne powiewy dodatkowo odbierały ciepło. Wybrałem się najpierw główną trasą na Kamienną Górę. Podjazd za Lubominem poszedł mi kiepsko. Zmachałem się. Myślałem nawet podczas tej wspinaczki, by zejść z największej tarczy z przodu. Myśl ta wywołała we mnie jakiś ostry sprzeciw. Nacisnąłem mocniej na pedały i jakoś dobrnąłem do szczytu. Na drodze jest spory ruch, ale praktycznie do samej Kamiennej Góry jest szeroki pas boczny. Jedzie się całkiem przyjemnie.

Kolejne odcinki wiodły przez Krzeszów do Mieroszowa. Od tego ostatniego miasta mógłbym już jechać z opaską na oczach .(Na szczęście szmaty na gębie nie trzeba już wozić). Do domu wróciłem znowu zahaczając o Wałbrzych (dzielnica Glinik), bowiem wjazd na odcinek Unisław Śl.-Głuszyca został zagrodzony barierą z siatki. Może wreszcie wezmą się tam za remont tej sakramencko dziurawej drogi.

Każdy rowerzysta, nawet w tak zaawansowanym wieku jak ja, do końca życia w pewnym sensie pozostaje dzieckiem. Ucieszyłem się więc niezmiernie, gdy dowiedziałem się, że dziś kurier doręczy mi nowy strój rowerowy. Kupiłem go na Allegro ponad miesiąc temu i dziś wreszcie miał do mnie dotrzeć z Chin. Piękny prezent – na dzień dziecka. Po jeździe odebrałem go od Pani Sąsiadki, która zawsze przyjmuje moje przesyłki, gdy nie ma mnie w domu. Z nieufnością obejrzałem kostiumik. Kitajce nie słyną z dobrej jakości. No ale okazał się bardzo piękny i solidnie zrobiony. Ładne żywe barwy, gruby pampers, mocne zamki – dają nadzieję na kilka sezonów jazdy. Jest to narodowy strój polski. Dla mnie, jako patrioty, zawsze dumnie jest naciągać coś takiego na grzbiet. Wiele lat temu kupiłem sobie podobny strój, ale już strasznie nadgryzł go ząb czasu. Zabierałem go tylko na wyprawy, a tak koło domu to już go nie używałem. Widziałem w sprzedaży jakieś udziwnione wersje: szare kolory, durne reklamy jakiegoś banku, czegoś takiego nie miałem zamiaru nosić. W końcu znalazłem odpowiedni wzór. Klasyczny orzełek na sercu, z drugiej strony flaga biało-czerwona, na kręgosłupie piękna czerwona pręga. O to chodziło.

Dzisiejsza trasa:
Jak w opisie.




Majowe wietrzysko. Kondratowice

Sobota, 30 maja 2020 · dodano: 30.05.2020 | Komentarze 0

Po wczorajszej górskiej eskapadzie, dziś chciałem po porostu się przejechać, rozprostować kości. No ale dodatkowych wrażeń dodał mi wiatr. Wymęczył mnie okrutnie.
Dzisiejsza trasa:
Świdnica-Wiry-Jaźwina-Roztocznik-Niemcza-Wojsławice-Prusy-Kondratowice-Białobrzezie-Jordanów Śl.-Nasławice-Żerzuszyce (cóż za nazwa!)-Rogów Sobócki-Wojnarowice-Proszkowice-Maniów-Domanice-Klecin-Wilków-Niegoszów-Świdnica.




  • DST 138.40km
  • Czas 06:52
  • VAVG 20.16km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze

Góry i dziury. Świdnica-Przełęcz Jugowska-Domaszków

Piątek, 29 maja 2020 · dodano: 29.05.2020 | Komentarze 3

Wziąłem sobie dziś wolne. Postanowiłem pojechać do Międzylesia, zaliczyć tam małą pętelkę, by zdobyć dziewicze miejscowości i wrócić do domu pociągiem.

Rano znowu marudziłem i wyjechałem przed dziesiątą. Wydawało mi się, że spokojnie zrobię zamierzoną trasę. Już na początku nieco krew we mnie się zagotowała. Oto na ścieżce rowerowej w Bystrzycy Dolnej przystanął sobie jakiś trep w ciężarówce i tarasował całą jej szerokość. Siedział w kabinie, gdy zacząłem mu prelekcję. Patrzył na mnie jak na kosmitę i chyba nie rozumiał o co mi chodzi. Skąd się biorą takie cepy? Postanowiłem że nie dam za wygraną, choć mogłem wyjechać na drogę i go ominąć. W końcu, gdy zacząłem go straszyć policją, odjechał. Nie znoszę rowerowych ścieżek, ale gdy już sensowne są, to z nich korzystam. Dlaczego ktoś myśli sobie, że to jest dobre miejsce na parking. Jakoś ucieszyłem się kiedyś, gdy się dowiedziałem, że policja dowaliła mandat pieszemu człapiącemu po takiej ścieżce, gdy obok miał normalny chodnik. Jak porządek, to porządek.

Niebawem złapał mnie mały deszczyk, ale szybko przeszedł. Dzień był pochmurny i ponury. Kierunek ku Kotlinie Kłodzkiej obrałem przez Przełęcz Jugowską w Górach Sowich. Podjazd ten okazał się małą zmarszczką w porównaniu z kolejnymi, już w kotlinie.

Znaną mi drogę z Polanicy do Bystrzycy Kłodzkiej opuściłem, by dotrzeć do pierwszej „dziewiczej” miejscowości, czyli do Pokrzywna. Wbiłem się w ulicę Sienkiewicza, która zaprowadziła mnie do Przełęczy Sokołowskiej. Katorżniczy podjazd odebrał mi sporo sił. Na kolarzówce bezskutecznie szukałem lżejszych przełożeń. Brnąłem pod górę z prędkością 6-7 km/h. Przełęcz ta nie ma imponującej wysokość (564 mnpm), ale można się na wjeździe sporo podmęczyć.

Na drodze do Bystrzycy Kłodzkiej dotarłem do dwóch kolejnych „ślepych” wiosek, które odwiedziłem pierwszy raz w życiu. Były to Paszków i Nowa Bystrzyca. Prowadziły do nich zniszczone wznoszące się drogi. Podjazdy były uciążliwe, a zjazdy męczące, bo cały czas należało uważać i ostro hamować.

W Bystrzycy Kłodzkiej nieco pokręciłem, bo były tam remonty, a ja musiałem znaleźć małą drogę wyjazdową ku Starej Bystrzycy (kolonii). Należy tu zauważyć, że są dwie Stare Bystrzyce w tym rejonie. Jedna to normalna wieś, a druga to rzeczona kolonia. Kręcą powoli ku górze zaliczyłem dwie kolejne „dziewice”: Wyszki z jej ślepym przysiółkiem Szczepkowem. Aby dotrzeć do tego ostatniego, musiałem częściowo prowadzić kolarzówkę po ostrych kamieniach. Do kolejnej nowej wsi (Ponikwy) dotarłem dziadowskim dziurawym zjazdem.

Podjazd na Porębę (ostatnia „dziewica”) wysączył ze mnie resztki sił. W domu rano zjadłem śniadanie, a na trasie posiliłem się tylko jednym batonem. Na liczniku było już sporo ponad 100 kilometrów, a mnie odcinało prąd. Końcówka podjazdu była zaiste katorżnicza. Musiałem trzy razy stanąć, by zaczerpnąć powietrza. Gdy skręciłem w prawo na Gniewoszów, podjazd nieco się wypłaszczył, a mnie złapał straszny skurcz w prawą nogę. Stanąłem ze dwa razy na moment, ale gdy znowu ruszałem ból się znowu pojawiał. Już dawno odpuściłem sobie myśli o zrobieniu pętelki wokół Międzylesia (jak pierwotnie planowałem), a troskałem się za to myślą, czy zdążę na pociąg powrotny. Wreszcie postanowiłem skurcz wyleczyć swoim starym sposobem: intensywnym marszem. Szedłem tak z kilometr na lekkiej pochyłości w górę. Pomogło, po wejściu na rower już mogłem kręcić prawą nogą. Tymczasem do odjazdu pociągu brakowało 30 minut. W Różance szybko wszedłem do sklepu, by kupić kolejne batony. Spytałem pani w sklepie o stację w Międzylesiu. Powiedziała mi, że mam do nie jeszcze 10 kilometrów trasy najpierw pod górę potem w dół. Nie zdążę! Pani poradziła mi, żebym zawrócił i pojechał do stacji w Domaszkowie. Dzieliło mnie od niej 5 kilometrów. Tak też zrobiłem. Na peronie byłem 10 minut przed moim pociągiem. Zdążyłem się nawet zaprzyjaźnić z kolejowym czarnym kotem, który z przyjemnością przyjmował moje głaskanie. Siedziałem na ławce i cieszyłem się promieniami słońca, które wreszcie zaczęło przygrzewać.

W domu byłem przed dziewiątą. Obiadokolacja smakowała jak ambrozja.

Dzisiejsza trasa:
Jak w opisie.